Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Rumunia

Nie taki koniec świata

NPM 5/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jadwiga Marchwica
W drodze na szczyt Toroiaga (1939 m n.p.m.) (fot. Katarzyna Paluch)
Rumunia to chyba jedyny kraj europejski tak bardzo obciążony stereotypami. Przyglądając się ofercie biur podróży oraz wakacyjnym zdjęciom moich bliższych i dalszych znajomych, doszłam do wniosku, że nie jeździmy tam na wakacje, nie chwalimy się wypadami na tamtejsze szlaki i nie odliczamy dni do białego szaleństwa na rumuńskich stokach. Tymczasem góry w tym kraju są jednymi z najbardziej dostępnych, a miłośnicy wielodniowych wędrówek mogą tu znaleźć liczne, rzadko uczęszczane ścieżki, oszałamiające dziką przyrodą.

Odkąd pamiętam, nie wiedziałam nic na temat Rumunii. Ale też zawsze fascynowały mnie podróże, europejskie kultury i góry w różnych miejscach świata. Od kilku lat prowadzę portal łączący tematykę turystyki i kultury, dzięki któremu zaczęłam poznawać też Rumunię. I choć tamtejsza kultura wydawała mi się ciekawa i piękna, to o samym kraju wiedziałam niewiele. Postanowiłam więc w końcu to zmienić.
Pierwszych kilka dni w Rumunii zauroczyło mnie tym krajem, a właściwie malutkim jego wycinkiem, który zobaczyłam. Było pusto, trochę dziko i pięknie. Dlatego w Rumunii można się zakochać, ale będzie to miłość wymagająca i poddawana wielu próbom.

Jak w sklepie z cukierkami…
Pomysł wędrówki górami Rumunii wziął się z prostej kalkulacji. Jeżeli chcesz pojechać w góry wysokie za granicę, ale niezbyt daleko i w granicach Unii Europejskiej, nie wydając przy tym oszczędności życia, Rumunia jest właściwie jedynym rozwiązaniem. W Skandynawii za drogo, na Słowacji – za blisko, na Węgrzech – za nisko, a na Ukrainie – niestety – trochę niebezpiecznie – zwłaszcza w ostatnim czasie. Ruszając z Zakopanego, musimy pokonać ok. 700 km, żeby znaleźć się w centrum Gór Marmaroskich, czyli w miasteczku Borșa (czyt. Borsza), które jest oddalone od granicy państwa (okolice Dorolț) o niecałe 200 km. Postanowiliśmy pokonać tę trasę w pięć osób, samochodem wygodnym i sprawnym, unikając jazdy przez płatne autostrady, za to zwiedzając po drodze słowackie wsie i węgierskie regiony winne, takie jak urokliwy i wypełniony piwniczkami Tokaj. Kierowcą naszej żądnej przygód grupy był niemały drogowy szatan, ale dzięki temu oraz dobrej mapie i poprawnie działającej nawigacji GPS do rumuńskiego miasteczka Borșa dojechaliśmy z Zakopanego w 12 godzin.
Kierowcy porywający się na taki rekord trasy powinni wziąć pod uwagę, że chociaż drogi w Rumunii są dobre, to jednak region Maramureszu jest bardzo górzysty, więc trasa prowadzi ostrymi, a często niebezpiecznymi zawijasami. Trudy podróży są jednak niczym w porównaniu z wyborem celu wyprawy do Rumunii. Czy mają to być Góry Fogaraskie, opisywane i chwalone w przewodnikach, a może piękna i tajemnicza Transylwania z widmem hrabiego Draculi gdzieś w ciemnościach? Duża część Rumunii to tereny górzyste – Karpat Wschodnich i Południowych, więc z każdego miejsca można gdzieś pójść i na coś wyjść. My jednak chcieliśmy zobaczyć Maramuresz. Przepiękną rozległą krainę, wciąż trochę dziką i nieodkrytą. Upstrzoną małymi malowanymi cerkwiami i poprzecinaną licznymi drogami prowadzącymi nie wiadomo skąd i dokąd. Poza tym to tu położony jest Pietrosul – dumny dwutysięcznik, najwyższy szczyt Gór Rodniańskich, Maramureszu i Karpat Wschodnich w ogóle (2303 m n.p.m.). Straszny strażnik miasteczka Borşa, które stało się naszym trochę nierealnym domem.

Przepraszam, czy tu cywilizacja?
– Czy tam są kantory? A stacje benzynowe, bankomaty, internet? Ciepła woda? – liczba pytań, które zadawaliśmy w swojej małej grupce przed wyjazdem do Rumunii, była zatrważająca.
Na Ukrainie podobno woda bywa, i to nie wszędzie – podobno, bo to podobno nieprawda. A jak jest w Rumunii? Może tam też wodę mają tylko w beczkach, internet jedynie w Bukareszcie, pieniądze widują wyłącznie przywódcy mafii, a stacja benzynowa jest jedna w promieniu tysiąca kilometrów – bo po Rumunii, wiadomo, jeździ się tylko koniem na oklep?
Kiedy już powzięliśmy decyzję o urlopie w Maramureszu, podjęliśmy się dość żmudnego researchu. Wykazał on, że w Borșy, miasteczku położonym między linią Karpat Marmaroskich a pasmem Gór Rodniańskich, jest i bankomat, i kantor, i stacja benzynowa, a znacząca większość reklamujących się „pensiunea” (pensjonatów) ma dostęp do Wi-Fi. Inną kwestią było, że kontakt e-mailowy z nimi był nieosiągalny, ale… czy każdy pensjonat choćby w Szczawnicy czy nawet w Zakopanem prowadzi ożywioną korespondencję internetową z potencjalnymi gośćmi? Wysłałam kilka wiadomości przez rumuńskie strony poświęcone noclegom, bez nadziei na odpowiedź. Trafiłam jednak też na kilka stron internetowych większych pensjonatów. Tak znalazłam Krisa Verellena, Holendra, który w Borșy prowadzi pensjonat i rodzaj agroturystyki. Kris mailowo udzielił mi wielu cennych informacji o mieście i jego funkcjonowaniu, pomimo że ostatecznie nie wybraliśmy jego pensjonatu.
Borşa jest miasteczkiem dobrze zaopatrzonym, chociaż niezbyt zachwycającym i atrakcyjnym, nawet dla mało wybrednych turystów. Wjeżdżając do tego jednego z najważniejszych miast Karpat Marmaroskich, uznawanego za zimowy kurort – funkcjonują tu stoki narciarskie, bogato obsadzone przez pensjonaty i restauracje, kilka kilometrów od centrum Borşy – patrzyliśmy przez okna swego auta z zaciekawieniem na typowe niskie chatki, skromne sklepy, kosiarzy i pozostawione beztrosko bydło domowe. Przyjechaliśmy do Rumunii w niedzielne popołudnie, więc mieliśmy okazję obserwować swoisty rumuński rytuał. Mieszkańcy wszystkich mijanych wiosek i miasteczek siedzieli na ławeczkach przed domami, a właściwie – przy ulicy. Rumuni w każdym wieku spędzają wolne świąteczne dni na rozmowach ze znajomymi i rodziną. Widzieliśmy starsze panie w chustach zawiązanych pod brodą, dziewczyny ubrane w kolorowe i świecące koszulki i legginsy, młode matki, miejscowych przystojniaków, dzieciaki z rowerkami, tatusiów z zadowolonymi brzuchami – wszyscy stali przy ulicy. Przechodzili jedni do drugich tuż przed maską naszego samochodu i cieszyli się słonecznym, wolnym popołudniem.
Borşa ma dość dziwny układ urbanistyczny, który nie bardzo rozumieliśmy, studiując dostępne mapy. Jednak po przyjeździe bez problemu odnaleźliśmy centrum miasteczka. Można je rozpoznać dzięki ciągowi budynków usługowych, z bankiem, restauracją i parkingiem po jednej oraz z supermarketem po drugiej stronie Strada Victoriei. Placyk z ławkami przed sklepem jest zresztą jednym z ulubionych miejsc na wieczorne spotkania mieszkańców Borşy. Co spokojniejsi wybierają drugi ładny skwerek, między piękną drewnianą cerkwią, którą widzieliśmy z okien swojego pensjonatu, a budynkami szpitala i policji przy Strada Floare de Colt. Na ławkach, przy zadbanych trawnikach, wypoczywają starsze pensjonariuszki, matki uczą dzieci jeździć na rowerach, a dziewczyny chętnie wykorzystują małą promenadę wzdłuż rzeki Vişeu na nieskrępowaną jazdę na łyżworolkach.
Ten sielski obrazek, jak każdy fragment Borşy, miał jednak skazę, którą obserwowaliśmy na każdym kroku. Stojąc na skwerku, patrzyliśmy na odrapane bloki, które zdawały się ledwo trzymać pion i straszyły gdzieniegdzie wybitymi szybami. Mijaliśmy je w drodze do nowoczesnego hipermarketu, lśniącego szybami i plastikiem, rzucającego cień na imponujący szalony budynek Perły Maramureszu (rum. Perla Maramuresului) – restauracji i pensjonatu, zbudowanego jakby naprędce z dwóch drewnianych willi, tuż przy zarośniętym, ale wciąż kolorowym cmentarzu. Przy Strada 22 Decembrie 1989, prowadzącej do niegdyś przemysłowej części Borşy – Baia-Borşa – na lepsze czasy, a może na swój koniec, czekają wiejskie chatki, budynki biurowo-usługowe oraz oszałamiające przepychem wille, którym nie mogliśmy się nadziwić podczas jednego ze spacerów. Borşa, jak spora część tego regionu Rumunii, trwa w trudnym do pojęcia zawieszeniu: między Unią Europejską a stereotypową rumuńską biedą. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy zaczęli coś tworzyć w lepszych czasach, a teraz czekają, aż ktoś pomoże im to dzieło dokończyć, osiągając tym samym efekt dziwacznego i budzącego lęk chaosu.

(…)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Gorgany, Świdowiec i inne pasma ukraińskich Karpat Wschodnich

Zobacz też