Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Katarzyna Rogowiec

Nie narzekam na nic

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
( fot. archiwum Katarzyny Rogowiec)
Z Katarzyną Rogowiec, dwukrotną mistrzynią paraolimpijską w biegach narciarskich, rozmawia Jakub Terakowski  

Co się stało?
Mając niecałe trzy lata, dużo czasu spędzałam z tatą pracującym na niewielkim gospodarstwie w górach. Podczas sianokosów, u podnóża Lubonia Wielkiego, latem 1980 roku straciłam obie dłonie pod kosiarką konną. Miałam mnóstwo szczęścia w tym nieszczęściu. Przecięte zostały wówczas też obydwa mięśnie czterogłowe nóg. Lekarze z trudem je uratowali. Dzięki nim nie mam teraz problemu nie tylko z chodzeniem, ale także z bieganiem na nartach oraz jazdą na rowerze i rolkach. Jestem też w lepszej sytuacji niż wielu niepełnosprawnych bez rąk, gdyż wysokość amputacji w pobliżu łokcia pozwala mi mieć chwyt. Ręce przejęły częściowo funkcje dłoni, więc wiele potrafię zrobić sama. Wszystko to powoduje, że nie oceniam swojej sytuacji jako tragicznej. Oczywiście nie akceptuję jej bez zastrzeżeń i nie czuję się komfortowo, lecz czasem myślę, że mam teraz takie fajne i interesujące życie.

Czy narty traktowałaś początkowo jako formę terapii?
Nie. Sport, narty czy góry nigdy nie były dla mnie terapią, lecz chlebem powszednim. Codziennością wynikającą z faktu, że mieszkałam w Rabce Zarytem, że tata po raz pierwszy przypiął mi deski jeszcze przed wypadkiem, że fascynowało go narciarstwo. Jako młody człowiek skakał w Wiśle Malince, doskonale jeździł. Na jego drewnianych nartach z metalowymi klamrami i skórzanym obuwiem stawiałam pierwsze kroki po powrocie ze szpitala. Jego miłość do gór i atmosfera domu spowodowały, że Beskidy stały mi się bliskie. Przez pewien czas tata pracował też w schronisku na Luboniu Wielkim.

Prowadził je?
Zaopatrywał, dowoził węgiel i prowiant. Był też zatrudniony przy budowie przekaźnika. Miałam tam dzięki niemu specjalne przywileje, mogłam wejść na taras i rozejrzeć się po okolicy. Lubiłam ruch, byłam aktywna przez cały rok, zimą jeździłam na nartach, latem brałam udział w rajdach pieszych. Góry były mi bliskie również dlatego, że zaczynały się tuż za progiem. Wystarczyło pójść zanieść kanapki ojcu koszącemu trawę na stokach Lubonia. Z naszej łąki wspaniale widać Gorce, a od czasu do czasu Tatry, ten krajobraz napawał mnie radością i pociągał.

Skutecznie?
Wykorzystywałam każdą okazję, aby wybrać się w góry – na wycieczkę szkolną lub rajd, albo z tatą – do schroniska. Zachwycało mnie, że obcy ludzie zaprzyjaźniają się tam tak szybko, rozmawiają tak swobodnie, są sobie życzliwi. Wciąż z przyjemnością wspominam też licealne wyjazdy z naszym wychowawcą Jackiem Sobczykiem, który palce sobie zdzierał, grając nam wieczorami na gitarze, przy ognisku. Trafiłam do znakomitej klasy, czułam się dobrze w tej grupie. Na wycieczkach zawsze mogłam poprosić kogoś o zasznurowanie butów, zapięcie kurtki lub pomoc w spakowaniu plecaka. Nie wstydziłam się. To ważne, bo w tamtych czasach rzadko ubierałam podkoszulki z krótkimi rękawami. Wędrowanie po górach z tą grupą znajomych dawało mi bezcenne poczucie bezpieczeństwa.

Jak ze stoków Lubonia trafiłaś na podium w Vancouver?
To też zasługa mojego taty, który nie odpuścił i przypiął mi narty, gdy tylko stanęłam na nogach. Początki były trudne, bo niesymetryczność amputacji powodowała zachwiania równowagi, więc przewracałam się co chwilę. Tata pomagał mi wstać i odpędzał zniechęcenie. Zaczynałam od zjazdówek, na biegówki przyszedł czas później. Skończyłam szkołę średnią, a potem studia na Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Równocześnie szukałam własnej drogi, zdobyłam dwa certyfikaty językowe, zdałam egzamin na prawo jazdy. Wtedy też trafiłam na AWF, rozglądając się za klubem, który pozwoliłby mi wrócić do nart. Myślałam o zjazdowych, ale są ciężkie, potrzebuję pomocy przy ich noszeniu, a na orczyk też sama nie wsiądę. I tak dotarłam do nowosądeckiego klubu Start zrzeszającego niepełnosprawnych sportowców. Potem wypadki zaczęły toczyć się same, prezes Stanisław Ślęzak uparł się, że powinnam spróbować nart biegowych.

Nie miałaś do nich przekonania?
Na pierwszy obóz pojechałam tylko dla świętego spokoju, aby pan Stanisław przestał zadręczać mnie telefonami... (śmiech). Natychmiast podarłam pierwsze sportowe spodnie kupione mi przez mamę, bo podczas treningu na nartorolkach nazbyt spoufalałam się z asfaltem.

Ale nie zniechęciło Cię to.
Wręcz przeciwnie. Zaprzyjaźniłam się z ludźmi, których tam spotkałam, wciągnął mnie ten sport. Zawsze lubiłam się męczyć, sprawiało mi to przyjemność. Pojechałam na zimowe zgrupowanie na Turbacz i tam po raz pierwszy w życiu biegałam na nartach. Był rok 1999. Zaczęłam budować formę oraz świadomość. Szklarska Poręba i Jakuszyce stały się moim drugim domem, spędziłam tam wiele czasu, przygotowując się do kolejnych Pucharów Świata, mistrzostw Polski oraz igrzysk. W roku 2001 trafiłam do kadry, w 2002 po raz pierwszy pojechałam na zawody tak dużej rangi, jak Igrzyska Paraolimpijskie w Salt Lake City.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też