Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Maciej Ogrodowicz

Nie musiałem odkrywać Ameryki

NPM 3/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. Ewa Ogrodowicz)
Z Maciejem Ogrodowiczem, gospodarzem Schroniska PTTK Trzy Korony, rozmawia Jakub Terakowski    

O ludziach, którzy mieli trudne dzieciństwo, mówi się, że ich droga do szkoły prowadziła pod górę...
Ja miałem w dół, i to stromo... (śmiech)
 
A jakie miałeś dzieciństwo?
Dla mnie zwyczajne, ale w porównaniu do moich rówieśników chyba dość nietypowe. Urodziłem się w Zakopanem i w powijakach trafiłem na halę Ornak.
 
Do schroniska?
Tak, do pierwszego, w którym pracowali moi rodzice. Następnym, już samodzielnie przez nich prowadzonym, było Bartne. Potem na jakiś czas osiedli w krynickiej „Rzymiance” [Dom Turysty PTTK Rzymianka w Krynicy-Zdrój – przyp. red.], kolejny był Bereśnik, a od 1991 roku – Hala Krupowa. Edukację rozpocząłem w Bartnem, gdzie – pomimo wieku przedszkolnego – poszedłem do pierwszej klasy, bo innej placówki tam nie było. Do drugiej klasy uczęszczałem już w szkole podstawowej w Szczawnicy, dokąd schodziłem z Bereśnika.
 
Schodziłeś? Rodzice Cię nie zwozili?
Zwozili przy brzydkiej pogodzie albo w trudnych warunkach. Droga dojazdowa na Bereśnik prowadziła wówczas dookoła, a ja miałem tam swoje ścieżki, więc na piechotę było szybciej…
 
Dla wielu turystów Bereśnik jest celem wycieczki, a Ty – jak gdyby nigdy nic – chodziłeś z tornistrem tam i z powrotem.
Bez przesady, szlak na Bereśnik nie jest szczególnie wymagający. Najchętniej wracałem do domu przez Bryjarkę. Pamiętam, że często rozmawiałem tam z turystami, aby umilić sobie czas i skrócić drogę.
 
Na Krupowej było trudniej?
Bez porównania. Ale to było wyzwanie przede wszystkim dla moich rodziców, którzy codziennie zwozili mnie i siostrę Agnieszkę na przystanek do Wielkiej Polany. Stamtąd autobusem jechaliśmy do szkoły w Sidzinie. A z powrotem odwrotnie – PKS-em do końca, gdzie tata już zawsze na nas czekał. Wtedy na Krupowej nie było jeszcze prądu, więc zimą śniadanie jedliśmy przy świecach.
 
Nastrojowo...
Dla nas zwyczajnie.
 
Lekcje też odrabiałeś przy świecach?
Nie, w schronisku był już wtedy agregat; wprawdzie stary i zdezelowany, lecz do zasilenia żarówek wystarczał. Pamiętam ich słabe, żółte światło, drgające w rytm pracy agregatu. Z daleka słychać było jego terkot, przy słabej widoczności odgłos ten pomagał turystom trafić do schroniska – tak jak buczek mgłowy kutrom przy wejściu do portu. Nikt poza tatą nie potrafił uruchomić tego urządzenia. Instrukcja, którą kiedyś dla nas napisał, miała 16 punktów, a zaczynała się od „zapal pochodnię”...
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

 
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też