Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Michał Król

Nie mówiłem wszystkiego mamie

NPM 7/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum Michała Króla)
Michał Król, wspinacz i przewodnik górski.

Co to jest Bafomet?
Bóstwo, któremu cześć rzekomo mieli oddawać templariusze.

To wywiad dla „n.p.m.”, nie do „Wróżki”...
A zatem to autorska droga, którą wytyczyliśmy z Marcinem Gąsienicą-Kotelnickim. Wówczas była to najtrudniejsza droga drytoolowa w Polsce, oceniliśmy ją na M14. Obecnie są już „piętnastki”. Jej nazwę zaproponował Marcin, gdyż prowadzi po dość mrocznym stropie i stąd te demoniczne skojarzenia.

Gdzie znajduje się Bafomet?
W Tatrach – w rejonie, gdzie jest kilka bardzo trudnych dróg, a w tym roku powstały nowe.

O co chodzi w drytoolingu
Wyjaśnij, nam trekkingowcom, co to jest drytooling?
Wspinanie się po skałach wolnych od lodu ze sprzętem przeznaczonym do wspinaczki lodowej: w rakach i z czekanami. Techniką drytoolingu najczęściej posługujemy się na drogach „mikstowych”, czyli takich, gdzie odcinki wolne od lodu przeplatają się z oblodzonymi. Każdorazowe zdejmowanie i zakładanie raków w takich miejscach byłoby niezwykle kłopotliwe.

A co oznacza M14?
To stopień trudności drogi „mikstowej”. Na drogach wolnych od lodu cyfrę poprzedza litera „D”.

Co liczba 14 oznacza w praktyce?
Po pierwsze, drogę w całości przewieszoną, czyli poprowadzoną po stropie. Na Bafomecie nie ma pionowych odcinków. Po drugie, wymagającą wykonania określonej sekwencji trudnych ruchów, by można było ją przejść. Natomiast długość drogi ma mniejsze znaczenie, bo w przewieszeniu nie sposób pokonać więcej niż kilkadziesiąt metrów. Bafomet ma 35.

Ile czasu zajęło Ci pokonanie Bafometa?
Około 40 minut, w tym przynajmniej kwadrans czystego wiszenia „w suficie”.

Przeszedłeś go za pierwszym razem?
Nie, pracowałem nad nim trzy miesiące. To była nowa droga, nieznana nikomu, więc też nikogo nie mogłem zapytać o jej przebieg, o najlepsze chwyty i optymalną sekwencję ruchów. Najpierw przeszliśmy z Marcinem pół „dachu”, potem drugie pół, a w końcu postanowiliśmy pokonać jego całość. Trzy pierwsze próby zakończyły się fiaskiem. Zresztą za każdym razem odpadaliśmy tuż przed końcem drogi, więc gorycz porażki była tym większa.

Odpadaliśmy? Brzmi groźnie.
Zawczasu ubezpieczyliśmy Bafometa spitami, więc lot był krótki.

Wszystko zaczęło się na lodowisku
Jak rozpoczęła się Twoja przygoda ze sportem? To prawda, że na lodowisku w Nowym Targu?
Można tak powiedzieć, bo jako nastolatek marzyłem o karierze hokeisty – podobnie zresztą jak prawie każdy chłopak w tym mieście. W Podhalu grał mój ojciec i brat, wstąpiłem więc tam i ja. Nawet zapowiadałem się nieźle, lecz pewien samobójczy gol podczas meczu ze Słowacją pokrzyżował mi plany. Zniechęciłem się, nie poszedłem na jeden trening, drugi, trzeci... I tak – cytując Marcina – zamiast celebrytą, zostałem łachmytą... (śmiech).

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też