Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Anna Krupa

Nie ma weekendu bez gitary

NPM 12/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. PAWEŁ BRZOZOWSKI)
Z Anną Krupą, gospodynią schroniska w Dolinie Roztoki, rozmawia Jakub Terakowski

Jak trafiła Pani do Roztoki?
Mój mąż, odkąd pamiętam, powtarzał, że chciałby poprowadzić schronisko. Kilkanaście lat temu namówił swoją mamę, aby przejęła herbaciarnię w Dolinie Strążyskiej. Pomagaliśmy jej, ale zależało nam na samodzielności.

Pochodzą Państwo z Podhala?
Tak, Stefan z Witowa, a ja z Chochołowa. Krewni prowadzą też schronisko na Turbaczu. To od nich się dowiedzieliśmy, że Roztoka jest do wzięcia. Stanęliśmy do przetargu, udało się wygrać i tak tutaj trafiliśmy.

Trudno było wygrać?
Podobno ofert złożono rekordowo dużo. Dokładnie nie wiem, gdyż takie informacje nie są ujawniane. Myślę, że pomogło nam doświadczenie ze Strążyskiej oraz moje wykształcenie: skończyłam Liceum Hotelarskie w Zakopanem. Przygotowaliśmy też bardzo precyzyjny plan naszych działań, podkreślając, że nie chcemy poprzestać na usługach gastronomicznych i hotelowych. Natomiast na wszelki wypadek nie przyznałam się wówczas, iż nigdy wcześniej w Roztoce nie byłam... (śmiech)

Pomimo iż mieszkała Pani tak blisko?
Z Chochołowa bliżej jest w Tatry Zachodnie. Oczywiście, wielokrotnie bywałam nad Morskim Okiem, lecz – jak większość turystów – mijałam Wodogrzmoty Mickiewicza, spoglądając na drogowskaz z napisem „Schronisko Roztoka”, i szłam dalej. Wstyd się przyznać, lecz nigdy nie chciało mi się schodzić na dół i wracać tą samą drogą. Wstyd tym większy, że jedną z prac semestralnych w liceum poświęciłam tatrzańskim schroniskom i Roztoka była jedynym, którego wtedy nie odwiedziłam. Poprzestałam na informacjach znalezionych w internecie. Mam nadzieję, że moja nauczycielka się o tym nie dowie... (śmiech)

Pięć lat temu Roztoka stała się jednak Pani domem.
Sprowadziliśmy się tutaj z mężem i, rocznym wówczas, synem Bolkiem dokładnie 30 października 2008 roku. W trudnym momencie, bo tuż przed sezonem zimowym, ale tak zwykle w schroniskach bywa. Do kwietnia prowadziliśmy obiekt sami, pierwszego pracownika zatrudniając dopiero na wiosnę.

A teraz ile osób tu pracuje?
Poza nami? W sezonie pięć-sześć, a na stałe trzy.

W Państwa rękach Roztoka zmieniła się bardzo.
Bez przesady. Bryła budynku pozostała nietknięta, utrzymaliśmy podhalański styl, bo to jedyne w Tatrach schronisko wyglądające jak góralska chałupa. Tylko ganek został zdemontowany, gdyż groził zawaleniem. Położyliśmy nową podłogę, a na ścianach powiesiliśmy imitacje płazów, wymieniliśmy też stoły. Łóżka, koce i pościel również są nowe. Efekty pozostałych remontów – kuchni czy centralnego ogrzewania – są na pierwszy rzut oka niedostrzegalne dla turystów, ale poprawiają komfort pobytu w schronisku, a nam ułatwiają pracę. Piętą Achillesa obiektu są dzisiaj toalety, o nie musimy zadbać w pierwszej kolejności. Na dobrą sprawę sanitariaty najlepiej byłoby zrównać z ziemią i postawić od nowa. A prysznice powinny być pancerne, bo po sezonie nie zostało już nic ze zwyczajnej kabiny, którą zamontowaliśmy w czerwcu. Przy takiej rotacji sprzęt zużywa się niewyobrażalnie szybko. Bardzo brakuje nam też oczyszczalni. Szambo musimy wywozić sami, a w sezonie wypełnia się błyskawicznie. No cóż, zakres obowiązków gospodarza schroniska jest dość szeroki: od promocji obiektu poczynając, a na wywożeniu śmieci, przetykaniu kanalizacji i pompowaniu nieczystości kończąc. Ale ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję.

Turyści narzekają tu czasem na tłok.
Ale to przecież cieszyć się trzeba, że Roztoka nie świeci pustkami. Każdy, kto chciałby mieć schronisko na własność i narzeka na tłum, powinien pamiętać, że on także ten tłum tworzy. We wrześniu jest tu niekiedy większy ścisk niż latem, bo każdy myśli, że skoro wakacje minęły, to Roztoka opustoszeje. Efekt jest taki, że budynek pęka w szwach, pełen turystów, szukających tu odosobnienia. Ale też jest to tłum znacznie barwniejszy niż tak zwana stonka odwiedzająca nas latem. Jesienią prawie nie ma weekendu bez gitary, dysponujemy nawet „dyżurną”, którą w razie potrzeby wypożyczamy.

Znajduje Pani czas, siłę i ochotę, by wyjść do jadalni i posłuchać?
Tak, lubię usiąść z gośćmi, zamienić z każdym kilka słów. Mam fajny personel – Zośkę, Bogusię i Margolcię. Dziewczyny zawsze przymykają oczy, gdy wieczorem uciekam im z kuchni. Turyści też je lubią, żadne zdjęcie na naszym Facebooku nie ma tylu „lajków”, co fotografia Zosi smażącej naleśniki. Dwie dziewczyny są z Chochołowa, a Bogusia pochodzi z Roztoki.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też