Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tatry Wysokie

Nie ma gdzie usiąść na Czerwonej Ławce

NPM 6/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
Z daleka wzbudza respekt, ale zyskuje przy bliższym poznaniu – Czerwona Ławka w całej okazałości widziana ze szlaku od Terinki (fot. Michał Parwa)
Internetowe opisy mogą przerazić. Słowacy uznają ponoć Czerwoną Ławkę za najtrudniejszy szlak w swojej części Tatr. Czy oni na Rohacze nigdy nie poszli? Orlej Perci Tatr Zachodnich nie znają?

Tak czy inaczej to wejście należy do najbardziej ekscytujących znakowanych szlaków u naszych południowych sąsiadów. Kto był, niech przeżyje to jeszcze raz. Kto nie był, niech nie zwleka.

Przez dziesiątki lat żółty szlak przez Czerwoną Ławkę (słow. Priečne sedlo; 2352 m n.p.m.) był kultowy z kilku względów – bo trudny technicznie, bo na trasie jest najdłuższy, 70-metrowy łańcuch w Tatrach, bo ze względów bezpieczeństwa wytyczono go jako jednokierunkowy. I nadal jest kultowy, choć ten ostatni powód jest już nieaktualny. Na początku września 2013 roku Słowacy zainstalowali tu równoległą linię łańcuchów i klamer na najbardziej stromym, skalistym odcinku trasy. Tym samym kierunek marszu z Doliny Zimnej Wody, czyli od Terinki do Doliny Staroleśnej, jest zalecany mniej doświadczonym turystom. Ale można też iść w odwrotnym kierunku, zaczynając wędrówkę w Zbójnickiej Chacie. Nikt już wyzwiskami obrzucać nie będzie, że ktoś pod prąd się pcha. Legalnie i bez narażenia się na słowacką pokutę (grzywnę) wolno iść na wschód. Ale my, w pięcioosobowym zespole, idziemy po bożemu – jak dawniej, „go west”. 

Tu się wszystko zaczyna
Hrebienok (Smokowieckie Siodełko; 1285 m n.p.m.) – nie ma lepszego początku wyrypy na Czerwoną Ławkę. Chyba że ktoś wędruje z plecakiem od schroniska do schroniska, to nocuje albo w Chacie Zamkowskiego, albo i w samej Terince. Ale życie złudzeń nie zostawia. 
– Nie ma miejsc, pierwsze wolne dopiero we wrześniu – słyszymy w telefonie, dzwoniąc do Terinki w połowie lipca.
– U nas to dwa tygodnie wcześniej miejsce na drewnianej ławie się rezerwuje – słyszymy u Zamkowskiego. 
Rezerwować ławę, nie mając pewnej pogody? Aż takimi desperatami nie jesteśmy. Zostajemy na kwaterze w Starym Smokowcu. A że dzień wcześniej atakowaliśmy Gerlach, to nie wstajemy bladym świtem. Bez pośpiechu wjeżdżamy pierwszą kolejką o godz. 8.30. Po kilku minutach jesteśmy na Hrebienoku. Tu się wszystko zaczyna. I Tatrzańska Magistrala, i szlak do Wodogrzmotów, i wędrówka na dwutysięczniki. Sześć lat temu na łamach „n.p.m.” tak pisał o tym miejscu Łukasz Kaźmierczak: „To słowacki odpowiednik Gubałówki, więc i turyści w przytłaczającej większości niestety właśnie na miarę tych naszych, gubałówkowych”. 
Na szczęście nie jest tak źle. Przecież nie ma tu ani jednego straganu z mydłem i powidłem! Owszem, betonowy hotel i wątpliwej urody budynek górnej  stacji kolejki nie są arcydziełami architektury, bo pamiętają słynne czasy Gustava Husaka. Ale to i tak nie razi jak ciupagi za 20 zł i sprzedawane powszechnie drewniane domki z góralami, termometrem i napisami „pogoda” i „deszcz” na naszej Gubałówce.   „Na Siodełku fala ludzka rozlewa się etapami. Warto więc nieco zagęścić ruchy, dzięki czemu mamy szansę zyskać nieco oddechu i małą namiastkę samotności” – pisał mój redakcyjny kolega. 
Nie pozostaje więc nam nic innego, jak ruszyć czerwonym szlakiem na Tatrzańską Magistralę. Zostawiamy z boku Bilíkovą chatę i wodospady Zimnej Wody. Wyremontowanym szlakiem idziemy w kierunku schroniska Zamkowskiego. Aż trudno uwierzyć, że ścieżkę stokami Sławkowskiego Grzebienia (słow. Štrbavý hrebeň) wybudowano pod koniec XIX wieku. Ale częste remonty są tu bardzo potrzebne, bo na dalszym odcinku drogi przechodzi tor lawin kamiennych. Jak pisze Józef Nyka w swoim kultowym przewodniku, już w latach 70. XX wieku w sezonie szło tędy średnio 4000 osób dziennie. Dziś, w słoneczny dzień, na pewno jest ich co najmniej dwa razy tyle. To i tak mniej niż na Morskie Oko. 

Co komuna zabrała
Po trzech kwadransach jesteśmy przy schronisku Zamkowskiego (słow. Zamkovského chata; 1475 m n.p.m.). Nic dziwnego, że podłogę i ławy rezerwuje się tu z wyprzedzeniem, bo obiekt ma tylko 28 miejsc. Na nocleg mogą więc liczyć wyłącznie szczęśliwcy, ale tak czy inaczej jest to idealne miejsce na odpoczynek choćby w drodze na Skalnaté pleso pod Łomnicą.
Schronisko to w czasie II wojny światowej wybudował Štefan Zamkovský, taternik i przewodnik tatrzański słowackiego pochodzenia, który dokonał wielu pierwszych przejść na pobliskich ścianach. Do historii Tatr przeszedł też dlatego, że za usługi przewodnickie rzadko pobierał opłaty. Zamkovský w latach 30. był gospodarzem położonej wyżej Terinki, ale w 1943 roku wybudował swoje schronisko w obecnym miejscu. Doszło wtedy do dziwnej sytuacji, bo zdarzało się, że kwaterowała w nim młodzież z Hitlerjugend, natomiast w pobliskim lesie ukrywali się partyzanci i żydowskie rodziny. Koniec wojny nie oznaczał końca problemów. Jak to w czasach komunistycznych bywało, w 1949 roku władze czechosłowackie odebrały mu schronisko. A że uznano go za „kapitalistę”, musiał opuścić Tatry na zawsze. Z rodziną wyjechał do Banskiej Štiavnicy. Nawet po śmierci w 1961 roku nie pozwolono mu wrócić w ukochane Tatry. Na trumnie ratownicy tatrzańscy położyli jedynie gałązki kosodrzewiny z Doliny Zimnej Wody, która była jego ukochanym domem. W tym czasie schronisko nosiło imię kapitana Nálepki (Nálepkova chata), żołnierza wiernie walczącego w szeregach Armii Czerwonej. Dopiero w 1992 roku zwrócono obiekt potomkom założyciela. Dziś prowadzi je Jana Kalinčíková. Przypominam tę historię nieprzypadkowo, bo o położonej wyżej Terince mówią wszyscy, a schronisko Zamkowskiego jest nieco zapomniane.

(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też