Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Andrzej Bargiel

Nie jestem ryzykantem

NPM 9/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Wojciech Grzesiok | Współpraca: Paulina Wierzbicka
(fot. Marek Ogień)
Lipiec, lodowiec Baltoro. W małym namiocie szarganym przez wiatr siedzi Wojtek, godzinę drogi piechotą w innym przebywa Andrzej Bargiel ze swoją wyprawą. Za kilka dni zjedzie na nartach z K2, dokonując nieprawdopodobnego wyczynu.  Lipiec, Dąbrowa Górnicza. Zderzają się dwie szare komórki! – Wojtek, skoro tam jesteś, porozmawiaj z Andrzejem! – mówię do niego. Ten godzi się na wywiad jeszcze przed finalną akcją na Czogori. Do rozmowy dochodzi zaraz po zejściu Andrzeja z gór, w hotelowej restauracji w Skardu. Zatem dla Was, prosto z Pakistanu, na gorąco, nasz korespondent Wojciech Grzesiok w rozmowie z Andrzejem Bargielem.

Na początku oczywiście szczerze gratuluję Ci zdobycia K2, choć nie o zdobycie tu chodziło, a bardziej o zjazd z tego najtrudniejszego ośmiotysięcznika. No właśnie… Jak można zjeżdżać na nartach w miejscu, gdzie człowiek z trudem się wspina, a sama wspinaczka zarezerwowana jest tylko dla nielicznych?
W ostatnich latach obserwujemy spory rozwój narciarstwa górskiego. Sam sprzęt przebył rewolucję technologiczną i dziś narty, zaopatrzone w długie, ostre krawędzie, są w stanie utrzymać narciarza w bardzo stromym terenie. Połączenie narciarstwa z alpinizmem otwiera szerokie horyzonty eksploracji nowych miejsc. Na przykład w Chamonix uskutecznia się takie zjazdy, które w Polsce kwalifikowane byłyby jako mocne, zimowe przejścia wspinaczkowe! Moim zdaniem każdy ośmiotysięcznik nadaje się do zjazdu. Tym, co przemawia za niebezpieczeństwem w Himalajach i Karakorum, bez wątpienia są warunki: pogoda, spora ekspozycja i wysokość, a wraz z nią mniejsza ilość tlenu. Połączenie tych elementów sprawia, że wyrasta przed nami bariera, którą nie jest łatwo pokonać.

W takim razie jak wygląda zjazd z K2? Czy w ogóle się asekurowałeś?
Asekurowałem się w dwóch miejscach. Nad trawersem na wysokości około 8300 metrów n.p.m., pod serakiem jest formacja zwana Szyjką Butelki – miejsce okrutnie zalodzone, gdzie nachylenie stoku dochodzi do 60 stopni. Na dodatek nawiało tu sporo luźnego śniegu, który – jak wiadomo – nie jest w stanie związać się z lodem. Wszystko się sypało i ujeżdżało spod nóg. Wkręciłem śrubę lodową, rzuciłem 50 metrów liny i asekurując się nią, zacząłem się zsuwać. Moje obawy potęgowała świadomość, że na tych pierwszych metrach moja linia zjazdu pokrywała się z drogą na szczyt, na której było kilka osób. Użycie liny pozwoliło mi także odciążyć stok, nie prowokując tym samym możliwej lawiny.
Drugim miejscem, gdzie użyłem pięciometrowej liny, był Grzyb na drodze Kukuczki. Poza tymi dwoma epizodami jechałem cały czas, nie odpinając nart, łącznie 3600 metrów różnicy wysokości. 

Jakie uczucia towarzyszyły Ci przy wpinaniu nart na górze?
Najbardziej bałem się zrzucenia lawiny w trakcie zjazdu. Grań wiedzie w dół i w prawo. Pierwsze 800 metrów prowadzi Żebrem Abruzzich, a to także normalna droga na szczyt, gdzie tego dnia kilkadziesiąt osób atakowało wierzchołek. W zjeździe uciekałem więc na drugą stronę grani –po to, żeby potencjalna lawina nie zagrażała innym wspinaczom. Uspokoiłem się dopiero od momentu objazdu Szyjki Butelki z lewej strony. Byłem z dala od szlaku i „tłumów” na wysokości 8200 metrów. Wtedy miałem już pełen luz. Nie czułem, że coś będzie mnie tu w stanie zaskoczyć, bo wykonaliśmy kawał ciężkiej pracy przy rozpoznawaniu linii zjazdu.

A jak szacujesz swoją prędkość na najszybszym odcinku?
Na trawersie Messnera przyspieszyłem do 80 km/h. Myślę, że to był maks podczas tego zjazdu. Całą resztę natomiast pokonałem bardzo ostrożnie. Z resztą nie ma co szarżować… Byłem bez tlenu na 8611 metrów n.p.m., więc musiałem oszczędzać energię. 

Sprzęt wysokiej jakości
Zjazd z takiej wysokości wymaga odpowiedniego sprzętu narciarskiego. Był on wykonany specjalnie dla Ciebie, czy jest ogólnodostępny?
Narty były modyfikowane. Należało zmienić ich twardość, bowiem na K2 w trakcie zjazdu spotkałem się chyba ze wszystkimi możliwymi odmianami śniegu – od puchu, przez szreń, po mokry cukier. W skrócie –masakra. Ale to naturalna kolej rzeczy na 3600 metrach przewyższenia, gdzie temperatury sięgają od 30 stopni w słońcu w dzień po minus 30 nocą. Dodatkowym utrudnieniem jest czający się pod śniegiem lód. 

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”  


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też