Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Krystyna Konopka

Nie dość, że baba, to jeszcze trzynasta

NPM 1/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. arch. T. Oczko)
Z Krystyną Konopką, polską wspinaczką, rozmawia Jakub Terakowski

Jest Pani pierwszą kobietą, która wspięła się na wszystkie najwyższe szczyty Afryki?
Pierwszą Polką – z całą pewnością tak. Pierwszą kobietą – przypuszczalnie też. Było to przecież 40 lat temu i niewiele kobiet wspinało się wówczas w Afryce. Odwiedziłam trzy kraje, weszłam na siedem wierzchołków, wszystko to wymagało mnóstwa czasu, sprzętu i umiejętności.

Jak to się Pani udało?
Zaczęłam się wspinać w 1959 roku. Stopniowo nabierałam doświadczenia, ale do czołówki nigdy nawet nie próbowałam aspirować. Nie brakowało mi ambicji, lecz czasu – zainteresowanie górami zawsze dzieliłam ze studiami i pracą. Jeździłam więc w skałki, gdy tylko znalazłam wolną chwilę. Tam, w 1974 roku moi przyjaciele z Katowic – Maciej Bernadt i Janusz Chalecki – wspomnieli o planowanej wyprawie do Afryki. – Do Afryki – westchnęłam. – Też bym się wybrała. Popatrzyli na mnie uważnie. – Krystyna, jedź z nami. Potrzebujemy cię, brakuje nam w składzie lekarza – powiedzieli. Janek Koisar, który miał jechać z nimi, wybrał bowiem Lhotse. Miałam wszystko, co niezbędne: dyplom lekarza, umiejętności wspinacza, paszport, dewizy, trzy miesiące urlopu, ale… byłam kobietą!

To źle?
W tamtych czasach? Fatalnie! Udział kobiet w wyprawach nie był traktowany entuzjastycznie. Miałyśmy przynosić pecha. Poza tym ta wyprawa już od dwóch lat była organizowana jako męska. Jej uczestnicy się znali, prawie wszyscy mieszkali na Śląsku. Nie dość więc, że byłam kobietą, to jeszcze – na domiar złego – spoza ich środowiska. Bez lekarza nie chcieli jednak wyruszyć, a innych chętnych wspinających się medyków nie było. Moje wykształcenie okazało się więc większym atutem niż płeć wadą. Na moją korzyść przemawiał też fakt, że pełniłam już wówczas funkcję prezesa Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Ale ostatecznie udział w wyprawie „wychodziłam” sobie na – nomen omen – Babiej Górze.

W jaki sposób?
Kierownik wyprawy, Tadeusz Wojtera, zaprosił mnie na przedwyprawowy wyjazd integracyjny w Beskid Żywiecki. To było 22 lipca, a w tamtych czasach ten dzień był wolny od pracy. Pojechałam do Katowic moim ulubionym trabantem (zawsze miałam słabość do tej marki). Na miejscu okazało się, że poza Tadkiem i mną nie zjawił się nikt inny. Królowa Beskidów powitała nas beznadziejną pogodą, padał deszcz, błoto sięgało uszu, a widoczność czubka nosa. Tadeusz był zachwycony…

Zachwycony? Dlaczego?
Bo podobnych warunków spodziewał się w górach Ruwenzori.

Udawała Pani entuzjazm?
Nie musiałam udawać. Też byłam zachwycona, chociaż plecak wgniatał mnie w ziemię. Mam wrażenie, że Tadeusz zabrał na Babią Górę więcej sprzętu niż do Afryki… (śmiech) Myślę, że chciał mnie sprawdzić. A ja byłam wówczas w doskonałej formie, więc zdałam na piątkę ten egzamin w beskidzkim błocie. I tak oto zostałam przyjęta do grona uczestników wyprawy. Nie dość, że baba, to jeszcze trzynasta.

Trzynasta?
Wśród członków ekspedycji było dziesięciu wspinaczy, do tego kierowca, filmowiec i lekarz – razem trzynaście osób. Potraktowałam swoją rolę bardzo poważnie. Przygotowałam się najlepiej jak mogłam. Byłam w Instytucie Medycyny Tropikalnej, rozmawiałam z doktorem Janem Stryczyńskim. Zabrałam też mnóstwo leków. Najważniejszym celem wyprawy było przejście grani głównej Ruwenzori, a poza tym wejścia trudnymi drogami na pozostałe cztery lodowcowe pięciotysięczniki Afryki. Ich wierzchołki znajdują się na terytorium trzech sąsiadujących państw, różniących się wówczas diametralnie tłem politycznym i społecznym. W Tanzanii panował „czarny” socjalizm, w Kenii – nie mniej „czarny” kapitalizm, w Ugandzie – wprost niewyobrażalna bieda. Część naszej wyprawy, wraz z ekspedycyjną ciężarówką, popłynęła do Afryki statkiem. Część – w tym ja – poleciała samolotem. Nasza grupa wylądowała w Kampali, druga równocześnie próbowała zejść na ląd w Mombasie.

Próbowała?
Celnicy za nic w świecie nie chcieli zgodzić się na wyładowanie ciężarówki. Nie mam pojęcia dlaczego. Przypuszczam, że obawiali się, iż zamierzamy sprzedać samochód, gdyż zażądali olbrzymiej kaucji. Cały fundusz wyprawy nie wystarczyłby na pokrycie tych roszczeń. W sukurs przyszła nam polska ambasada, która uregulowała rachunek. To był cud, że udało nam się zsynchronizować przyjazd obu grup! Spotkaliśmy się w Kampali, gdzie kolejki po cukier przypominały nam pejzaż ojczysty, ale – pomimo biedy – uczciwość Ugandyjczyków była zaskakująca. A może wcale nie „pomimo”, lecz właśnie z powodu biedy? Proszę sobie wyobrazić, że podczas trwającej trzy dni karawany pod Ruwenzori, w której uczestniczyło ponad 70 miejscowych tragarzy, nie zginęła nam nawet puszka sardynek. A żywności mieliśmy ogromny zapas: na miesiąc dla kilkunastu osób.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też