Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Łukasz Porębski

Nawet beton może być przychylny ludziom

NPM 10/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. Grzegorz Siba)
Z Łukaszem Porębskim, gospodarzem Schroniska na Hali Miziowej, rozmawia Jakub Terakowski  

Jest Pan najmłodszym spośród wszystkich gospodarzy schronisk, z którymi rozmawiałem.
– Moja przygoda z górami rozpoczęła się na Hali Miziowej, gdy miałem dziewiętnaście lat. Zanim przejąłem schronisko, góry były dla mnie pojęciem niemal zupełnie abstrakcyjnym. Pojechałem na kilka wycieczek szkolnych, raz tata zabrał mnie kolejką na Jaworzynę Krynicką i to wszystko.

Jak zatem trafił Pan od razu na tak głęboką wodę?
– Ojciec przez blisko ćwierć wieku prowadził firmę budowlaną, która remontowała prawie wszystkie schroniska górskie i przez ten czas powoli dojrzewał do decyzji o poprowadzeniu własnego obiektu. Gdy zatem dowiedział się, że do wzięcia jest Miziowa, zaryzykował, stanął do przetargu i wygrał, a mnie wpisał jako współdzierżawcę. Pamiętam, jak w pewien sobotni wieczór, przy rodzinnej kolacji, usłyszałem od niego: – Pakuj się chłopie, jedziesz w góry!

Który to był rok?
– 2003. Otwieraliśmy nowe schronisko. Przez pierwsze pół roku ojciec zatrudniał jeszcze menedżera, bo to był bardzo specyficzny obiekt: trudny, inny i na swój sposób kontrowersyjny. Stara Miziowa to była wieczna prowizorka, jak to określała ówczesna ajentka, pani Adamczykowa. Ale miała swój klimat, urok i nastrój. Całe rzesze starszych turystów, tych tak zwanych plecakowych, czuły się tam zdecydowanie lepiej i bardzo trudno było nam przekonać ich do siebie.

Tym trudniej, że przez pewien czas obydwa obiekty funkcjonowały równocześnie.
– Tak, prowadziliśmy nowoczesny górski hotel, pachnący jeszcze świeżością, a jednak przegrywaliśmy w konkurencji ze starym schroniskiem. Zdarzało się często, że wchodził do nas turysta, rozglądał się onieśmielony, zauważył, że jak to w górach zostawia za sobą ślady błota i wracał do pani Adamczykowej, bo tam błoto nikomu nie przeszkadzało.

Trudno mu się dziwić…
– Ależ nam to błoto też nie przeszkadzało! Turysta nie musi mieć wypastowanych butów, a umyć posadzkę w nowym schronisku było nawet łatwiej niż wyczyścić podłogę w starym. De facto – jedyną osobą, której przeszkadzało zabłocone obuwie, był ów turysta. Podobnie dzia-ło się w naszej restauracji, którą przez pierwszy rok goście zwiedzali, a coś zjeść szli obok. Pamiętam długi majowy weekend w roku 2004. Pogoda była deszczowa i chłodna. U pani Adamczykowej nie sposób było usiąść przy stole, a u nas herbatę piła jedna samotna turystka.

Tylko przez nieśmiałość?
– Nie tylko. Miziowa była wtedy na swój sposób bojkotowana. Słyszeliśmy mnóstwo nieprzychylnych komentarzy, zarzucano nam, że obiekt, który prowadzimy, szpeci otoczenie.

A nie szpeci?
– To kwestia gustu, nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że to nie my projektowaliśmy to schronisko, więc nie można nas obwiniać za jego wygląd. Objęliśmy obiekt nowoczesny, więc nie musieliśmy borykać się z problemami technicznymi. Przyszło nam jednak stawić czoła wyzwaniom, których chyba nie znają gospodarze innych schronisk. Nowa Miziowa była już dawno otwarta, a w górach wciąż krążyły legendy, że remont trwa dalej, kuchnia jest nieczynna, nie ma wody. Nie wiem kto i dlaczego rozsiewał takie plotki. Wiek też nie był moim atutem. Prawie codziennie słyszałem od kogoś: – A co Ty, młody człowieku, możesz wiedzieć o górach?

A co Pan wtedy wiedział o górach?
– Bardzo niewiele. Prowadzenie schroniska było dla mnie niesamowitym wyzwaniem, uczyłem się na własnych błędach.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też