Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Góry Sowie

Nawet adapter był atrakcją

NPM 1/2017
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Rzeczycki
(fot. Adam Miozga)
Potrzebna mi była krótka wyprawa w góry. Taka, żeby wyskoczyć z samochodu, przejść kilka kilometrów i wrócić do codzienności. W Górach Sowich czekało mnie spotkanie z zapomnianą przeszłością. 

Jestem przejazdem w Sudetach, załatwiając swoje służbowe sprawy. Zdążając od strony ziemi kłodzkiej w kierunku Bielawy, mam akurat tyle czasu, by zatrzymać się na kilka godzin na Przełęczy Jugowskiej i ruszyć w góry. Byłem tu nie raz w rozmaitych warunkach pogodowych – zarówno latem, jak i po obfitych opadach śniegu. Przełęcz nie jest mi obca. Z pierwszej wizyty w pamięci utkwiła mi żółta tablica, witająca kierowców zjeżdżających w stronę Pieszyc. Napisano na niej, że droga utrzymywana jest przez Zarząd Dróg Powiatowych w Dzierżoniowie i pod spodem podano numer telefonu. Trochę zastanawiałem się, czy miała to być autoreklama dzierżoniowskich drogowców, czy też odwrotnie – władze Pieszyc chciały wskazać, że nie odpowiadają za dziury w jezdni i zasypany śniegiem asfalt. W każdym razie tamto pierwsze wspomnienie wywołuje u mnie uśmiech na twarzy, bo w Polsce w różnych sytuacjach nie wiadomo, kto konkretnie za dany odcinek odpowiada i do kogo należy kierować uwagi i spostrzeżenia. Tutaj kierowcy nie mają z tym problemu.
Pomysł pana Zimmermanna
Zatrzymuję samochód w bezpiecznym miejscu z boku drogi. Wyjmuję plecak z drobnym prowiantem i aparat fotograficzny i ruszam szlakiem w dół. Tak, tak, nie pomyliłem się. Idę w dół, ponieważ aby wejść na Kalenicę, trzeba najpierw trochę zejść – do schroniska PTTK Zygmuntówka, leżącego dobry kawałek poniżej przełęczy. W taki sposób wyznakowano szlak czerwony.
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, zejście jest momentami dosyć strome, przynajmniej jak na możliwości samochodów dowożących zaopatrzenie do schroniska. Mnie też się idzie niezbyt komfortowo. W pewnej chwili przystaję. Przy drodze dostrzegam przewrócony ceglany filar, który wygląda na resztki ruin dawnych zabudowań. Widziałem go już latem. Wtedy był mocno porośnięty gęstą trawą – może dlatego nie zastanawiałem się nad jego pochodzeniem. Teraz przed oczami stają mi dawne widokówki i przedwojenna mapa tych terenów. Rejon Przełęczy Jugowskiej był wówczas skupiskiem kilku niemieckich schronisk górskich. W 1914 roku wzniesiono w rejonie przełęczy schronisko Neue Mühlbaude, a w 1916 praktycznie na samej przełęczy, tuż przy szosie, schronisko Kreuzbaude.
Wydaje mi się jednak, że ceglany filar to resztki Zimmermannsbaude. Ten budynek stał trochę poniżej przełęczy, już na zboczu opadającym w stronę Jugowa. Zbudowano go w 1894 roku. Inwestorem był Theodor Zimmermann, przedsiębiorca z Piławy Górnej. Najpierw był to jego obiekt prywatny, a rok po otwarciu udostępniono go turystom. Żadne z wymienionych schronisk nie ocalało jednak po drugiej wojnie światowej.
Niespodzianki dla mieszczuchów
Jakimś sposobem przetrwało za to zbudowane w 1938 roku schronisko Henkelbaude, które kilka lat po wojnie przemianowano na Zygmuntówkę. W 1955 roku przeprowadzono w nim remont, a pierwszym kierownikiem został Anatol Pawłow. Już w następnym roku obiekt gościł uczestników letnich wczasów wędrownych PTTK, a później organizowano w nim między innymi wczasy narciarskie. Dziś trudno w to uwierzyć, ale budynek oferował mieszczuchom takie atrakcje, jak adapter i radio, a w 1965 roku miał już nawet… telewizor. To była wtedy naprawdę nie lada gratka. 

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też