Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Flesz |

Największa siłownia świata

NPM 7/2012
Numer wyprzedany
Autor:
Redakcja n.p.m
Masyw Monte Baldo najokazalej prezentuje się z perspektywy zachodniego brzegu (fot. Michał Parwa)
Włoskie jezioro Garda słynie z kitesurferów i łojantów różnej maści, przybywających na festiwal Rock Master w Arco. Nas przyciągnęły dwukilometrowe ściany masywu Monte Baldo, opadające z Cima Valdritta (2218 m n.p.m.) wprost do tafli, niemal zrównanej z poziomem morza. Włosi nazywają okoliczne góry „siłownią na świeżym powietrzu”.

Przeszło 40-kilometrowy łańcuch górski aż prosi się o rowerzystów i trekkersów. Miłośnicy trawiastych garbów znajdą coś dla siebie we wschodniej części obsianej schroniskami. Choć to Alpy Wizentyńskie, nieco skarlałe wobec sąsiednich Dolomitów, nie brakuje tu także przepaści, skał i porażających widoków. Nie sposób stąd wyjechać bez bliższej znajomości z najwyższą Valdrittą, przyciągającą spojrzenia z całego wybrzeża.
Do punktu wypadowego w Malcesine podpływamy łodzią z sąsiedniego Limone. Wsiadamy do cudu techniki, czyli dwuetapowej kolejki górskiej, pokonującej 1500 metrów przewyższenia. Okrągły wagonik, obracający się w trakcie jazdy wokół własnej osi, wywozi nas do Tratto Spino (1720 m n.p.m.), gdzie w restauracji swoją górską przygodę kończy większość wczasowiczów.
W sąsiednie skały wiedzie ścieżka nr 651. Brniemy przez wysokie trawy, w towarzystwie setek motyli, by po godzinie osiągnąć Cima delle Pozzette (2130 m n.p.m.). Poszarpany grzbiet, wypalony słońcem, obniża się ku przełęczy, gdzie rozpoczyna się trawers wschodnich stoków „królowej Gardy”. Dalsza część trasy prowadzi przez Cima Longino (2179 m n.p.m.), skąd podziwiamy rozłożone na przeciwległym brzegu plantacje cytrynowe i wydrążone w skale tunele drogowe oplatające Gardę.
Kolejne obniżenie stanowi Val Finestra (2056 m n.p.m.), przedsionek dania głównego. Krótka wspinaczka po zbielonych kamieniach oddziela nas od jednej z najpiękniejszych włoskich panoram. Krzyż wieńczący szczyt dopełnia widok przymglonego jeziora, falującego setki metrów pod nami. Aż trudno uwierzyć, że cztery godziny temu wystartowaliśmy niemal z zerowej wysokości, wysiadając z łodzi. Ze szczytu wracamy na Widelec Valdritty (2107 m n.p.m.), niewielką przełęcz, z której zbiega kamienista ścieżka, wprost do murowanego schroniska Rifugio Telegrafo. To już wyzwanie na kolejne dni. Stopniując wrażenia, pokornie wracamy tzw. muletrackiem przez dolinę Porta ai Piombi. Szlak mułów doprowadza nas do San Michele, przesiadkowej stacji kolejki, skąd w niecałą godzinę wracamy do punktu wyjścia. Do zdobycia pozostają jeszcze grzbiety po drugiej stronie Gardy.

Michał Parwa   
 

----------------------
 

Zapomniana pustelnia nad Dunajcem

Na przedpolu Beskidów, nad brzegiem Jeziora Czchowskiego, powstałego przez spiętrzone wody Dunajca, znajduje się skromny murowany kościółek. Malowniczo położona budowla należy do najstarszych w Małopolsce – jej początki sięgają XI wieku. Nietypowe wezwanie świątyni – świętych Świerada i Benedykta – przypomina mało znane postaci pustelników należących do pierwszych kanonizowanych Polaków.
Według tradycji, gdzieś na przełomie X i XI stulecia Świerad i jego uczeń Benedykt prowadzili żywot eremitów nad Dunajcem, budząc szacunek wśród okolicznej ludności. Potem dołączyli do klasztornej wspólnoty na górze Zobor koło Nitry (dziś Słowacja), propagując intensywne praktyki ascetyczne. Jak wyglądały – możemy przeczytać w średniowiecznym żywocie św. Świerada: „Po pracy zaś dziennej dawał ciału taki spoczynek nocny, który można nazwać raczej torturą i udręczeniem, a nie odpoczynkiem. Oto wydrążony pień dębowy otoczył płotkiem i w płotku tym na wszystkie strony umocował zaostrzone trzciny. Sam zaś, siedząc w pniu, takiego używał siedzenia dręczącego członki, ażeby – jeśliby przypadkiem ciało zmożone snem przechyliło się w którąkolwiek stronę – budziło się zranione ciężko ostrzem trzciny. Ponadto i na głowę wkładał obręcz zrobioną z drzewa, do której przywieszał z czterech stron cztery kamienie, ażeby – jeśliby się głowa uśpiona przechyliła w którąkolwiek stronę – uderzyła o kamień”. Na ciele nosił mosiężny łańcuch, od którego po latach pękła skóra i wdała się gangrena, powodując śmierć. Przyjąwszy zakonne imię Andrzej, Świerad zmarł około 1032 roku, a kanonizowany został wraz ze swym uczniem w roku 1083.
Andrzej Świerad łączy tradycję trzech krajów – Polski, Słowacji i Węgier. Polak z pochodzenia, wyniesiony na ołtarze dzięki staraniom króla węgierskiego, jest nazywany pierwszym słowackim świętym i patronem miasta Nitry.
Warto zwiedzić Tropie w drodze w Beskidy i poczuć niezwykłą atmosferę tego miejsca, skłaniającą do zwolnienia rytmu i zadumy nad zagmatwanymi dziejami. W czasach Świerada Słowacja przez pewien czas należała do państwa Bolesława Chrobrego, gdy święty umierał – na niemal 900 lat została przyłączona do Węgier. Dziś do kościółka w Tropiu, zbudowanego ponoć na miejscu pierwszej pustelni Świerada, trafiają pielgrzymki ze Słowacji, a w jego wnętrzu możemy obejrzeć unikalne relikty romańskiego malowidła przedstawiającego węgierskiego króla. Komu mało spotkań z historią, może załadować plecak czy auto na niewielki prom i przepłynąć na drugi brzeg jeziora. W Tropsztynie czeka zamek niedawno odbudowany według średniowiecznych wzorów.

Grzegorz Grupiński


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Inne masywy Alp we Włoszech (m.in. Gran Paradiso)

Zobacz też