Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Kaukaz / Górski Karabach

Najważniejsza była droga

NPM 2/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Konrad Tulej
(fot. Konrad Tulej)
Janapar Trail to prawie 300-kilometrowy szlak prowadzący przez góry Małego Kaukazu na terytorium nieuznawanego państwa – Republiki Arcach, znanej w Polsce bardziej pod nazwą Górski Karabach. Kiedy dokonywaliśmy historycznego przejścia jako pierwsi Polacy – pierwsza rodzina, a Mikołaj jako najmłodszy wędrowiec na świecie – wyczyn nie był dla nas najważniejszy. Najważniejsza była droga, a droga po ormiańsku to dżanapar.

Skalisty wierzchołek góry zwanej Kaczachakaberd to ormiańska nazwa Sroczej Twierdzy, która wyrasta spośród zielonych wzgórz na wysokość 1706 metrów n. p. m. Podczas każdego pobytu w Górskim Karabachu ta wapienna skała przyciąga naszą uwagę. Jakiś pierwotny instynkt odkrywania nie daje nam spokoju. Wreszcie poddajemy się mu. Niczym zauroczeni młodzieńcy, bez zawahania i z prostą wiarą w słowa: „chcieć to móc” ruszamy ku przygodzie. Zostawiamy plecaki w wiosce Kolatak i na pełnym „spontanie”, bez mapy i GPS, idziemy w stronę twierdzy na skale w... sandałach trekingowych. Jedynie Mikołaj ma odpowiednie na takie warunki obuwie. Nasze wysłużone buty wyrzuciliśmy bowiem w Erywaniu po trekkingu przez Góry Gegamskie (pisaliśmy o tej wyprawie na łamach „n.p.m.” w nr 7/2017).
Początek trasy od Kolatak jest łatwy. Prowadzi w dół między polami uprawnymi niespełna trzy kilometry do rzeki. Za nią zaczyna się ściana lasu i walka z przyrodą – naturalnym strażnikiem niezdobytej twierdzy. Na spoconych w wilgotnym lesie stopach przyklejająca sie do nich ściółka tworzy nieprzyjemną dla skóry maź. Sandały nie trzymają się podłoża, stopa sandałów, a każdy krok w górę przypomina groteskową sytuację kobiety idącej zimą w szpilkach na Giewont. Na dodatek w gęstym lesie gubimy ścieżkę. Skała doskonale widoczna z wielu kilometrów, nagle znika zakryta ochronnym parasolem soczystej zieleni.
Po kilku godzinach błądzenia w dzikich ostępach z uśmiechem na ustach przyznajemy się do własnej głupoty i wracamy na tarczy. Nie tracimy jednak dobrego nastroju, a humor najbardziej dopisuje Mikołajowi, który w trakcie leśnej tułaczki wyjadł wszystkie zapasy żelków. Mamy nadzieję, że kiedyś tu wrócimy i staniemy na szczycie Kaczachakaberd.

Dwa lata później
Janapar Trail – koniec ósmego dnia marszu. Za nami prawie 120 kilometrów trekkingu przez Mały Kaukaz. Dochodzimy do wioski Patara (Badara, 878 m n.p.m.). W centrum osady znajdują się pomnik ofiar wojny karabaskiej i źródełko. Poza tym szkoła, dwa sklepy oraz niewielki budynek kliniki, ufundowanej przez społeczność Ormian z USA.
Zajmujemy miejsca w biesiadce, czyli altance – w tym przypadku pełniącej funkcję centralnego przystanku w wiosce – i w pierwszej kolejności uzupełniamy płyny. Letnia temperatura pomiędzy 30 a 40 stopni daje się we znaki. Dlatego dopiero, kiedy wlewamy w siebie odpowiednią ilość płynów, nadchodzi czas na obiadokolację. Miejscowi mężczyźni ukradkiem zerkają, ale nikt do nas nie podchodzi. Taka sytuacja jest nienaturalna w Armenii, gdzie ludzie są niezwykle życzliwi, ale w naznaczonym wojenną traumą Arcachu to norma. Czasem pojawi się tylko jakiś sołtys lub policjant i poprosi o wizę w celu sprawdzenia, czy w dokumentach jest zgoda na przebywanie w danym rejonie. Tym razem nikt z lokalnych władz się nie pojawia.
W sklepie pytam, czy można rozbić namiot przy szkole. W odpowiedzi słyszę, że trzeba zapytać dyrektora.
– A gdzie go znajdę? – ciągnę dalej.
– Gdzieś w wiosce – bez emocji mówi sprzedawczyni.
Idziemy pod szkołę, wokół której krząta się mężczyzna. Witam się i streszczam, że wędrujemy przez góry od Hadrutu do Vardenis w Armenii.
– Jesteśmy z Polski, a w Arcachu już po raz piąty. Szukamy noclegu – mówię.
Ararat okazuje się być konserwatorem i właśnie remontuje podczas wakacji jedną z klas. Widział nas pod sklepem i z delikatnym uśmiechem stwierdza, że nie ma problemu. Możemy rozbić się, gdzie chcemy. Wraca jednak za chwilę z pękiem kluczy i otwiera salę do nauki języka rosyjskiego. Konspiracyjnie dodaje: – Tylko za bardzo nie rzucajcie się w oczy, bo nie chcę mieć problemów.
Dziękujemy i lokujemy się w sali. Wewnątrz czuć zapach świeżo malowanej podłogi, ale przynajmniej dziś śpimy pod dachem. W przestronnym pomieszczeniu znajduje się piec, którego ciepło w zimie grzeje sąsiedni pokój nauczycielski.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”