Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Piramida Carstensza

Najtrudniejszy trekking świata

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Robert Jurczak
Autor na szlaku powyżej 3000 m n.p.m. w drodze do Larson Lake Camp (fot. Krzysztof Pierożak)
Możliwość uprawiania wspinaczki w prawdopodobnie najbardziej egzotycznym miejscu na Ziemi budziła we mnie dreszcz emocji i podekscytowanie. Nasze wejście w góry Irian Jaya prowadzić miało przez dziką dżunglę, w której lokalne plemiona Papuasów żyją tak jak na przestrzeni tysięcy lat. Nie wiedziałem tylko, że wyprawa ta na nowo zdefiniuje znaczenie słowa „przygoda”.

Po 15 godzinach lotu docieramy do stolicy Indonezji – Dżakarty. Na zegarkach prawie godzina 18. To właśnie stąd jutro wieczorem ruszymy do Papui Zachodniej. Kilkunastogodzinną podróż do celu umila nam kilka międzylądowań (m.in. w Denpasar na Bali). Po wylądowaniu w Nabire, nim dotrzemy na nocleg, idziemy coś zjeść w tawernie przy morzu. To właśnie tu, przy jednym stole, poznajemy całą ekipę, z którą spędzimy kilkanaście następnych dni. Do naszego sześcioosobowego polskiego zespołu dołącza kolejnych ośmiu wspinaczy z różnych zakątków świata. Towarzystwo staje się iście międzynarodowe: Andrea i Aurelius są ze Szwajcarii, John i Shehbaz z Kanady, Richard i Liam z Australii, Rasmia-Suzan z Palestyny, a Mustapha z Wielkiej Brytanii. Grupie przewodzi Poxy i jego trzech kolegów (Meldi, Yosh, Meds), którzy wielokrotnie z powodzeniem prowadzili grupy po bagnach, błotach i dżunglach Papui Zachodniej.

Negocjacje, negocjacje...
Po skończonej kolacji udajemy się na nocleg. Na zewnątrz parno, a palmy wokół podwórza przypominają o równikowym położeniu. Tuż po północy budzi nas ogromny huk. Jakby wystrzeliły jednocześnie salwy 100 armatnich dział. Przez kolejne półtorej godziny jest jak w filmie Hitchcocka. Czyli trzęsienie ziemi, a potem już tylko gorzej. Błyski i gromy raz po raz oznajmiają, że znaleźliśmy się w samym sercu potężnej burzy. Po zaledwie chwili deszcz uderza z takim impetem, jakby to kamienie, a nie woda, spadały z nieba. Burze i ulewy przetaczają się nad nami całą noc i dopiero przed piątą wszystko się uspokaja. Staram się drzemać przy dźwiękach modłów dobiegających z pobliskiego meczetu, ale i tak do rana nie zmrużę już oczu. Trzeba się będzie przyzwyczaić: las deszczowy paruje tu całe przedpołudnia, skutkiem czego wieczorami lub nocą woda ta wraca na ziemię w postaci silnej ulewy.
„Sorry, taki mamy klimat” – przychodzi mi do głowy słynne zdanie rzucone niegdyś przez panią polityk.
Po bezsennej nocy pospiesznie jemy śniadanie, po którym przekazujemy bagaże porterom i przejeżdżamy na lotnisko, skąd polecimy do Sugapy. To niezwykłe miejsce słynie z licznych misji chrześcijańskich, a przysłowiowe okno na świat otwarte zostało dla tej wioski, kiedy w tutejszej dżungli wybudowano krótki pas startowy. Kiedy lądujemy, nasze bagaże trafiają prosto na ubitą ziemię, a następnie w ręce zaprzyjaźnionych miejscowych przewodników i ich porterów. Udajemy się w pobliże budynku sekretariatu policji, a potem przechodzimy kilkaset metrów dalej na nocleg. Gnieździmy się w domu, który w standardzie wsi europejskiej cofnął się do XIX wieku. W czterech pomieszczeniach czujemy się jednak dobrze, a wszechobecni tubylcy bacznie przyglądają się nam zza płotu i z sąsiednich domostw. Zdjęcia z polaroidu, który przywiozłem ze sobą, cieszą się powodzeniem i już o poranku kolejnego dnia kilka fotek wędruje do rąk zadowolonych tubylców. Niektórzy zachowują się tak, jakby po raz pierwszy widzieli swoje utrwalone odbicie na fotografii.
Punktualnie o godzinie dziewiątej przechodzimy do miejsca wczorajszego przywitania. Z ochroną lokalnej policji i uzbrojonych wartowników cierpliwie czekamy na wyłonienie 41 porterów spośród kilkuset osób, które przybyły przed budynek. Po wyczytaniu nazwisk zaczyna się słowna batalia. Najbardziej rzutcy, rośli i mocni w gębie Papuasi (uzbrojeni w łuki i z maczetami w ręku) wykłócają się o miejsca. I kiedy już-już wydaje się nam, że mamy komplet ludzi, zaraz inni niezadowoleni podburzają tłum i zabawa zaczyna się od początku. Tuż po godzinie 12 negocjatorzy, nie dochodząc do porozumienia, decydują, że czas na przerwę i że nabór na nowo ruszy kolejnego dnia. Papuasi zaczynają się rozchodzić, ale najbardziej zagorzali postanawiają zostać, okupując nawet izbę naszej chaty.
„Całe szczęście, że nie do nas należy sfinalizowanie tych rozmów” – cieszę się w duchu.
Meldi co chwilę podchodzi do nas, siedzących byle jak na krzesłach, i informuje ze stoickim spokojem, że wszystko jest w porządku.
– Jeszcze parę chwil i „moi” ludzie dokończą negocjacje. I jeszcze dziś ruszymy na szlak – obiecuje.
Kiwamy głowami z niedowierzaniem, ale rzeczywiście około godziny 12.30 pierwsi porterzy zaczynają zabierać nasze bagaże i wolnym krokiem opuszczają skromne progi dzisiejszej bazy. Również i my tuż przed 13 otrzymujemy wiadomość, że możemy ruszać. Ale nie zdążymy nawet wyjść poza ogrodzenie, gdy na naszej drodze staje kilkudziesięciu Papuasów z groźnymi minami. Nic nie robiąc sobie z obecności policji oraz uzbrojonych w długą broń ochroniarzy, skutecznie wstrzymują wymarsz. Nasi opiekunowie znowu podejmują negocjacje i już prawie ruszamy, gdy po niespełna 500 metrach wyrasta przed nami kolejna uzbrojona w maczety i łuki grupa.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też