Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Góry Opawskie

Najpierw złoto, potem turyści

NPM 10/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Agnieszka Brzostowska
()
Góry Opawskie to nieco zapomniane pasmo w naszym kraju. I wcale się temu nie dziwię, bo na leśnych szlakach trudno o imponujące krajobrazy. Gdyby nie wieża na Biskupiej Kopie, w ogóle trudno byłoby cokolwiek tutaj dostrzec. A jednak położone na Opolszczyźnie góry warto odwiedzić. To idealne miejsce, może nie na tygodniowy urlop, ale na weekendowy wypoczynek.  

Góry Opawskie to niewielkie pasmo położone w Sudetach Wschodnich, poniżej Opola i Nysy. Polskich szczytów jest tu niewiele z najwyższą Biskupią Kopą (890 m n.p.m.) na czele. Bardziej zadowoleni mogą być Czesi, którzy w tej samej grupie górskiej mają popularne Jeseniki. Zresztą nasi południowi sąsiedzi mają swoją nazwę Gór Opawskich. Nazywają je Zlatohorską Vrchoviną.
 
Nie dacie rady, jedźcie do Czech
Do naszego pensjonatu w Pokrzywnej, w samym sercu Gór Opawskich, przyjeżdżamy o 15. Chcemy zdobyć Biskupią Kopę, no bo co tu innego zdobywać. Gospodarz kręci z niedowierzaniem głową.
– Na samą górę to ze trzy godziny. Możecie mieć problem, żeby zdążyć – mówi delikatnie, jakby nie wierząc w możliwości naszej czteroosobowej ekipy.
– Damy radę – odpowiadamy zgodnie.
– Jak podjedziecie do Czech, to na szczyt macie pół godziny. Albo chociaż do „Ziemowita”, stamtąd trochę ponad godzinę. Tak niemal wszyscy robią – mężczyzna nie odpuszcza, ale my jesteśmy konsekwentni. A że „Ziemowit” to tutaj miejsce kultowe, przekonamy się za kilka godzin.
– Jakby były jakieś problemy, to dzwońcie. Podjadę po was – widać wyraźnie, że gospodarz jest przygotowany na wszystko.
Charakterystycznym miejscem w Pokrzywnej, która zwana była kiedyś Śląską Szwajcarią, jest łowisko leśne. W słoneczne dni zamienia się zapewne w wielkie kąpielisko.  
Obok zbiornika przechodzi czerwony szlak, który swój początek ma w pobliskim Prudniku. Znaki potwierdzają, że na Biskupią Kopę mamy trzy godziny.
 
Tylko lasy i lasy
Góry Opawskie tworzy kilka grzbietów. My jesteśmy na centralnym i najdłuższym, bo 6-kilometrowym grzbiecie. Od zachodu zaczyna się on na Przełęczy pod Kopą (711 m n.p.m.) i ciągnie przez Srebrną Kopę (785 m n.p.m.), Przełęcz pod Zamkową Górą, Zamkową Górę (571 m n.p.m.) i Szyndzielową Kopę (533 m n.p.m.). I pod tą ostatnią górą właśnie się znajdujemy. Mapy informują nas, że jesteśmy w samym sercu Doliny Bystrego Potoku.
Pierwsza część naszej wędrówki to monotonne podejścia na niewielkie, kilkusetmetrowe górki. Cały czas idziemy w lesie. Nie ma rozległych polan, z których moglibyśmy oglądać krajobrazy. Nie ma też żadnych tabliczek informacyjnych. Możemy się tylko domyślać, że jesteśmy na Szyndzielowej Kopie albo Zamkowej Górze.
Tę ostatnią rozpoznaje Tomek, jedyny mężczyzna w naszym gronie. Choć „rozpoznaje” to za duże słowo. Po prostu na większym wzniesieniu znajduje się mała skałka, za którą szlak prowadzi ostro w dół.
– To musi być Zamkowa Góra – ogłasza dumnie, choć wokół żadnego zamku nie widzimy.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też