Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Krzysztof Rostek

Najpierw "popłynąłem" w Góry Izerskie

NPM 3/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum Krzysztofa Rostka)
Z Krzysztofem Rostkiem, przewodnikiem górskim po Sudetach i Karpatach, rozmawia Jakub Terakowski    

Jesteś zawodowym przewodnikiem zawodowym, czy tylko z doskoku?
A co to znaczy „zawodowym”? Czy wyznacznikiem zawodowstwa jest czas, który przeznaczam na przewodnictwo, czy dochody, które z niego czerpię?
Powiedzmy, że dochody. Utrzymujesz się z prowadzenia wycieczek, czy jesteś zatrudniony na etacie, a grupy prowadzisz w weekendy?
Turystyka jest moim głównym źródłem utrzymania, ale jestem nie tylko przewodnikiem górskim, lecz także pilotem wycieczek. Takie czasy, że nie da się żyć tylko z przewodnictwa.
A jak zostałeś przewodnikiem?
Wszystko zaczęło się od... żeglarstwa (śmiech). Pod koniec szkoły podstawowej wstąpiłem do Harcerskiego Klubu „Zatoka”. A w żeglarstwie tak już jest, że pływa się, gdy jest ciepło. A zimą chodzi się po górach i reperuje sprzęt.

Szyba poszła w drobny mak

W które góry „popłynąłeś” po raz pierwszy?
W Sudety, bo są najbliżej Wrocławia. A dokładnie w Góry Izerskie, do Chatki Górzystów. Trafiłem do niej przez przypadek, bo akurat tam jeździła zimą ekipa z mojego klubu żeglarskiego. Tak się zaczęło i tak już zostało. Z roku na rok chodziłem po górach częściej i coraz bardziej mi się to podobało. Natomiast w przewodnictwo sudeckie zaangażowałem się później, dopiero na początku tego stulecia.
A co sprawiło, że zapisałeś się na kurs?
Po części koledzy, którzy zapisali się wcześniej i mnie namówili. A po części same góry, bo im więcej czasu w nich spędzałem, tym więcej chciałem o nich wiedzieć. Nie zależało mi wówczas na prowadzeniu wycieczek, nie zamierzałem utrzymywać się z przewodnictwa. Ważna była dla mnie przede wszystkim wiedza, którą mogłem zdobyć na kursie. Chciałem chodzić po górach świadomie, znać je i rozumieć. A chyba nie ma lepszego sposobu na poznanie gór niż udział w kursie przewodnickim.
I nie zawiodłeś się?
Na górach, czy na kursie? (śmiech) Nie zawiodły mnie ani góry, ani kurs. A dodatkowo, poznałem setkę pasjonatów i bratnich dusz zauroczonych Sudetami. Zresztą wielu z nich w ogóle nie podchodziło do egzaminów końcowych. Nie zależało im na przewodnictwie, lecz na wiedzy, wyprawach i znajomościach.
Ty jednak do egzaminów podszedłeś...
I od razu oblałem teoretyczny. Potknąłem się na teście. Nie wiem nawet, jakie błędy popełniłem, bo podano nam tylko wyniki końcowe. Szkoda, że zabrakło analizy szczegółów. Ale poprawkę oraz egzamin praktyczny zdałem już bez trudu.
Pamiętasz pierwszą wycieczkę, którą poprowadziłeś?
To była grupa młodzieży, trasa wiodła na Chojnik. Zeszliśmy stamtąd na parking, wsiedliśmy do autokaru, kierowca ruszył i... ni stąd, ni zowąd, tylna szyba rozpadła się w drobny mak. Nie mam pojęcia dlaczego, ale dzięki temu pamiętam tę wycieczkę dokładnie.
Następne już mniej?
Najwyraźniej pamiętam wycieczkę sprzed dobrych kilku lat, podczas której musiałem wzywać GOPR. Prowadziłem wówczas grupę szkolną na Sokolik Wielki w Rudawach Janowickich. Podzieliłem uczestników na trzy mniejsze grupy, ponieważ na punkcie widokowym jest mało miejsca. Poszedłem z pierwszą ekipą do góry, resztę pozostawiając pod opieką nauczycieli. Nie zdążyliśmy się jeszcze oddalić się, gdy za plecami usłyszałem krzyk.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też