Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Szymon Kreczmer

Najlepsze jest życie w szałasie

NPM 5/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
Szymona Kreczmer i Rosalba Grillo (fot. Jakub Terakowski)
Z Szymonem Kreczmerem, muzykiem, byłym gospodarzem bacówki PTTK na Krawcowym Wierchu, rozmawia Jakub Terakowski

Jak to zrobiłeś, że do tej pory krążą legendy o czasach, w których prowadziłeś bacówkę na Krawcowym Wierchu?
Nie mam pojęcia. Zaczęło się od tego, że dużo chodziłem po górach. Pochodzę z Rycerki w Beskidzie Żywieckim. Mało kto stąd zapuszcza się w góry, bo górali bardziej ciągnie w doliny. Ale mój świat zawsze był bliżej nieba. Na początku unikałem schronisk jak ognia. Brałem plecak, siekierkę i całymi dniami włóczyłem się po okolicy, a czasem docierałem znacznie dalej, nawet do Małej Fatry. Nocowałem wówczas w szałasach, gotowałem na ognisku. Ale pewnego razu zawitałem na Rycerzową, gdzie poznałem Darka, gospodarza bacówki. Spodobało mi się u niego. Zaprzyjaźniliśmy się, często tam bywałem, pomagałem mu. I tak to trwało, aż dowiedziałem się, że Krawców Wierch jest do wzięcia. Pojechałem do Bielska, złożyłem papiery, okazało się, że poza mną był tylko jeden chętny.

Dlaczego zainteresowanie było takie małe?
Bo wszyscy mówili, że bacówka stoi na uboczu, ruch jest tam słaby i biznes z tego będzie kiepski. A ja chciałem po prostu w górach sobie posiedzieć, więc w ogóle nie myślałem o interesie. Pięć lat tam byłem, od roku 2000 do 2005.

Nie myślałeś o pieniądzach, a jednak Krawcowy Wierch pękał w szwach. Niejeden gospodarz o tym marzy. Jak Ci się to udało?
A skąd mam wiedzieć? Może działo się tak dlatego, że nigdy nie traktowałem bacówki jak firmy, która ma przynosić zyski. Dla mnie gościnność to podstawa. Zawsze najbardziej zależało mi na klimacie schroniska i dobrej atmosferze. Jak przyszedł sympatyczny człowiek, to siadałem z nim przy stole i gadaliśmy nawet do rana. Jak trafiła się fajna ekipa, to grałem jej, upiekłem ciasto, nic nie chciałem w zamian. Potem wpadłem na pomysł, aby w bacówce organizować cykliczne imprezy góralskie.

Jakie?
Pierwsze było Wierchowe Granie, prezentujące folklor Karpat. Wystartowaliśmy dość skromnie – przyszedł Józek Broda, była kapela Drewutnia grająca muzykę łemkowską, no i ja. Rok później wybudowałem scenę, nadleśnictwo dało mi deski, zmieściła się na niej cała grupa folklorystyczna Romana Kumłyka z Ukrainy. Przyjechały dwie kapele ze Słowacji, była Drewutnia, w sumie 60 muzykantów. Jak z Żywca przyszli urzędnicy, to mi zazdrościli. Pytali, skąd wziąłem tylu wykonawców.
 
A skąd wziąłeś?
Połowa to znajomi, a reszta to znajomi znajomych. Nie płaciłem żadnych honorariów. Ludzie zjechali się, aby ze sobą pobyć, pograć, posłuchać muzyki, żadnej komercji. Jesienią organizowałem jeszcze Góralski Wieczór, na który zapraszałem kapelę albo dwie, a na Mikołaja spotkanie z kimś ciekawym. Co roku odbywał się też na Krawcowym Wierchu koncert bluesowy, występował znajomy ksiądz – Wielebny Blues. To były cztery imprezy cykliczne, a oprócz tego kupa innych, o których czasem dowiadywałem się dopiero, gdy kapela wchodziła do bacówki. „No, hej, Szymon – słyszałem – przyszliśmy pograć u Ciebie”. Prowadziłem otwartą chałupę, może właśnie dlatego turyści wciąż tak dobrze wspominają tamte czasy.
 
Mówią też, że w kominku non stop płonął ogień, a Ty byłeś zawsze uśmiechnięty.
Nie chodziłem ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Ludzie są różni, więc zdarzało się i tak, że oddychałem z ulgą, gdy ktoś wychodził. Myślę, że najlepiej oceniają bacówkę ci, którym w ogóle na co dzień nie brakuje pogody ducha. Natomiast kominek – cóż, po to jest, aby się w nim paliło, bo przecież żaden kaloryfer nie zastąpi ani tego ciepła, ani nastroju. Znam schroniska z tak czyściutkimi kominkami, że zastanawiam się, czy w ogóle są używane.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też