Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Stanisław Myśliński

Najlepszą obroną jest atak

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
Stanisław Myśliński, bieszczadzkim hodowcą hucułów (fot. archiwum Stanisława Myślińskiego )
Co w Pana życiu było pierwsze: góry czy hucuły?

Stanowczo góry. Nie osiedliłem się w Bieszczadach, aby hodować hucuły, lecz odwrotnie: zacząłem je hodować, gdyż tu zamieszkałem. Odkąd pamiętam, natura była mi bliska, szukałem z nią kontaktu, czytałem Jacka Londona, Alfreda Szklarskiego. Szukałem dziczy, a w Polsce synonimem Dzikiego Zachodu były wówczas położone na wschodzie Bieszczady. Na pierwszą samodzielną wycieczkę wybrałem się więc tutaj, tuż po ukończeniu szkoły podstawowej, czyli latem 1971 roku, z siostrą, starszą ode mnie o rok. Poszliśmy z Komańczy nad Jeziorka Duszatyńskie, a stamtąd przez Chryszczatą, Rabe, Baligród, Otryt, do Polany, gdzie zresztą kilkanaście lat później osiadłem i mieszkam do dzisiaj. Po naszych pierwszych bieszczadzkich wyprawach siostra znalazła pracę w Tatrach, w schronisku na Ornaku. Miałem u niej bazę, wędrowałem po szlakach i nie tylko…
I nie tylko?
Szczerze mówiąc, na szlakach pojawiałem się rzadko, unikałem ruchliwych miejsc, szukałem ciszy.
Co w Tatrach nie jest łatwe…
Bynajmniej. Wszystko zależy od czasu i miejsca. Nie widywałem ludzi na moich tatrzańskich ścieżkach. Podczas studiów zacząłem wyjeżdżać dalej, a ściślej mówiąc: tylko nieco dalej, bo wtedy, w okresie „demoludów”, szczytem marzeń były Piryn, Riła czy rumuńskie Karpaty. Realizowałem więc te marzenia. A na Bieszczady na pewien czas się obraziłem, bo poprowadzono drogę przez moje ulubione zakątki nad Zawojem.
Wybaczył Pan im jednak ten asfalt…
Studiowałem długo, osiem lat, bo będąc studentem, łatwiej było wówczas wyjechać za granicę. Mury uczelni opuściłem w stanie wojennym. Działałem w nielegalnym wówczas NZS, więc wojsko szybko upomniało się o mnie, a ja za wszelką cenę starałem się uniknąć kamaszy. Najpierw ukrywałem się, a potem swoją szansę zobaczyłem w rolnictwie.
W rolnictwie?
Tak, bo rolników nie brano wtedy do wojska. Zacząłem więc szukać ziemi. Najpierw w pobliżu Tatr, ale tam działki były małe i drogie, stopniowo zatem przesuwałem się na wschód. W ten sposób dotarłem w Bieszczady. Znalazłem kilka ofert, zdecydowałem się kupić ziemię w Polanie. Ta wieś istnieje już od XV wieku. Przez stulecia osiedlano się tutaj, korzystając z prawa lokacyjnego na tak zwanym korzeniu, co oznaczało, że osadnik musiał sobie wykarczować ziemię pod gospodarstwo i uprawy, a w zamian otrzymywał pewne przywileje. Byłem jednym z ostatnich bieszczadzkich pionierów, którym udało się z nich skorzystać. Kupiłem ziemię z 50-procentowym rabatem.
Kiedy to było?
W 1984 roku. Rabat był jednak iluzoryczny, bo o ile ziemia faktycznie kosztowała grosze, o tyle opłaty notarialne rujnowały kieszeń.
I rzeczywiście zaczynał Pan od karczunku?
Tak. Przez kilka pierwszych miesięcy mieszkałem w namiocie, a jesienią kupiłem domek kempingowy. O samym transporcie do Polany można byłoby książkę napisać. Próbowałem przywieźć go nad ranem, aby nie zablokować drogi, lecz w kilku miejscach okazała się ona zbyt wąska. Pierwsze zwężenie poszerzyłem, co trwało kilka godzin. W następnym poddałem się i… zwęziłem domek. (śmiech)
 
 
(...)
 
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też