Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | KAZBEK

Najdłuższe 10 minut w życiu

NPM 5/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Marek Skowroński
(fot. Łukasz Supergan)
Jedna z dziewczyn musi zawrócić. Podczas podejścia na Kazbek przegrała z chorobą wysokościową. W trakcie nagłego odwrotu na wysokości około 4000 metrów n.p.m. krzyczała z przerażenia, uciekając przed wilkami. Tej góry nie wolno lekceważyć.

Kazbek i Elbrus w jednym roku – to jest cel naszej szalonej, 12-osobowej ekipy z projektu „Do góry nogami”. Zaczynamy od Gruzji, która nie wita nas miło i przyjemnie. Na lotnisku w Kutaisi okazuje się, że zaginął bagaż jednego z naszych uczestników. Na szczęście kilka najpotrzebniejszych rzeczy schował do podręcznego bagażu. Jest nawet śpiwór, a że buty górskie ma na sobie, wyjazd nie okazuje się dla niego stracony. Niestety, w rejestrowanym bagażu został fragment namiotu, co oznacza, że trzeba znaleźć wypożyczalnię, w której będą też raki i czekan.

Chata zwana restauracją
Na razie musimy znaleźć transport do Kazbegi. Minęła właśnie północ, więc o marszrutkę bardzo trudno. Pozostało szukanie taksówki. W efekcie już przed godziną drugą w nocy siedzimy zapakowani w dwa wozy, które mają nas zawieźć bezpośrednio do Kazbegi, z przystankiem na wymianę walut w kantorze. Warunki podróży do komfortowych nie należą. Owszem, jedziemy dużymi autami terenowymi, ale siedem osób z kierowcą w każdym samochodzie sprawia, że część bagaży trzymamy między nogami, bo nie zmieściły się w bagażnikach i na dachach naszych taksówek.
Około godziny siódmej rano zatrzymujemy się w pobliżu Pasanauri na śniadanie. Coś, co ma być restauracją, jest jedynie chatą z wydzieloną kuchnią i jadalnią oraz dodatkowym paleniskiem na zewnątrz. Zamawiamy chaczapuri i gulasz. Nasz pierwszy kontakt z gruzińską kuchnią okazuje się falstartem, ponieważ chaczapuri jest bardzo słone i dostaliśmy zdecydowanie za duże porcje. A pełne żołądki nie są największym sprzymierzeńcem przed najgorszym fragmentem trasy, czyli podjazdem serpentynami na Przełęcz Jvari (2379 m n.p.m.) w pobliżu stacji i wyciągu narciarskiego Gudauri (to właśnie tu w marcu 2018 roku doszło do poważnej awarii, gdy krzesełka wyciągu z dużą prędkością zaczęły się cofać, a narciarze byli siłą odśrodkową wyrzucani w powietrze). Na szczęście obywa się bez dodatkowych „sensacji” i jedyne, co nas martwi, to psująca się za przełęczą pogoda. W efekcie do Kazbegi dojeżdżamy w ścianie deszczu. W miasteczku chronimy się więc we wiacie przystanku autobusowego, gdzie zostawiamy bagaże. Część z nas pilnuje dobytku, a reszta szuka noclegu.
Początkowe plany, aby jeszcze tego samego dnia wybrać się na jakiś aklimatyzacyjny spacer albo podejść pod kościół Cminda Sameba, skąd mielibyśmy krótszą drogę na Kazbek, muszą ulec zmianie. Ostatecznie na przystanku podchodzi do nas jeden z miejscowych i oferuje pokoje do wynajęcia. Jest zatem dokładnie tak, jak nam opowiadano – to nie turyści szukają tutaj usług, tylko usługi szukają turystów. Tym samym po południu jesteśmy już zameldowani w suchych pokojach nieopodal centrum Kazbegi. Łapiemy trochę snu, a wczesnym wieczorem idziemy na obiad do Omara, prowadzącego nieopodal lokal z regionalną kuchnią. Zamawiamy kapitalne szaszłyki, sałatkę oraz zimne co nieco. Wieczór poświęcamy na przepakowanie plecaków i przygotowanie do porannej ekspedycji. Nasz gospodarz obiecuje nam rano podwózkę terenowymi autami pod kościół Cminda Sameba. Zgadza się też, byśmy zostawili u niego w domu część niepotrzebnego podczas akcji górskiej ekwipunku, dzięki czemu redukujemy wagę plecaków.
Po kilku telefonach do linii lotniczej odnajduje się też zagubiony w samolocie bagaż. Problem polega na tym, że trafił on do… Kazachstanu. Plecak odzyskamy zatem najwcześniej za kilka dni. Organizujemy więc zbiórkę niezbędnego sprzętu dla Pawła tak, aby mógł wejść na Kazbek. Od jednej osoby dostaje czapkę, od innej rękawiczki, a jeszcze od kogoś skarpetki. Finał zbiórki jest taki, że Paweł dysponuje kompletnym wyposażeniem na wyjście w góry. Raki i czekan wypożycza w pobliskim biurze agencji turystycznej Mountain Freaks, którą, jak się okazuje, prowadzi Polka – Ewa Stachura. Dziewczyna zamieniła spokojne życie w naszym kraju na przygodę w Gruzji i tak już jej zostało.

Przygodę czas zacząć
Punktualnie o piątej rano wyjeżdżamy z Kazbegi, zapakowani znów w dwa terenowe busy. Podróż pod kościół trwa godzinę i dostarcza nam niesamowitych, offroadowych wrażeń. Pamiętajmy, że poprzedniego dnia mocno popadało, więc trasa tonie w błocie. Ale bezpiecznie meldujemy się na wysokości 2170 metrów n.p.m., pod prawosławnym klasztorem Cminda Sameba (Święta Trójca), którego historia sięga XIV wieku. Tutaj rozpoczynamy naszą już prawdziwie górską przygodę.
Początkowo droga prowadzi łagodnie pod górę. Pierwszym poważniejszym testem naszego kondycyjnego przygotowania jest podejście pod Przełęcz Arsha (ok. 2940 m n.p.m.), gdzie znajduje się kolejny na trasie krzyż. Pojawiają się tu też pierwsze płaty śniegu, ale ścieżka jest wyraźnie wydeptana. Pod przełęczą meldujemy się około godziny dziewiątej. Stąd schodzimy ścieżką nieco niżej w kierunku rzeki, gdzie planujemy pierwszy postój na drugie śniadanie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Gruzja

Zobacz też