Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

Nadludzie spod zdroju

NPM 10/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Sposób na życie, czyste wariactwo, biegowy underground, a najprościej – zdrowe uzależnienie. Górski ultramaraton ma tyle twarzy, ilu uczestników staje na starcie zawodów. To zgraja szaleńców, współcześni kamikaze. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy toczą pojedynek z dziesiątkami kilometrów w walce o niezapomnianą przygodę? I już na samą myśl o tej katordze cieszą się jak małe dzieci.

Złośliwi mówią, że do Lądka–Zdroju przyjeżdża się dwa razy w roku. Pobiegać na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich i oglądać filmy na wrześniowym Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady. Poza tym tylko kuracjusze, matki z dziećmi i generalnie jak u Barei – skoro nie ma takiego miasta jak Londyn, trzeba przyjechać tutaj.
Bez większego wahania wybieram bramkę numer jeden. Filmy, spotkania z himalaistami i Złote Czekany mają swój prestiż, ale to ultramaraton daje możliwość zwiedzenia niemal całych Gór Złotych w jeden dzień. Na podobny pomysł wpadło blisko 2900 zawodników zgłoszonych do siódmej edycji lądeckiego święta biegania. Są wśród nich sprinterzy i minimaliści wybierający krótsze dystanse, tj. Trojak Trail (10 km) czy Złoty Półmaraton (21 km), klasyczni maratończycy, ultramaratończycy oraz kategoria nadludzi porywających się m.in. na 240–kilometrową trasę Biegu 7 Szczytów. Startują w czwartek i do weekendu obiegają całą Kotlinę Kłodzką, Góry Stołowe i Bóg wie co jeszcze.
Podsumowując plan festiwalu: siedem tras do wyboru plus biegi dla dzieci, cztery dni imprezy, strefa expo z wystawcami, prelekcje sław biegowych i nie tylko. Lądek dosłownie żyje bieganiem. Mężczyźni paradują w lycrowych spodenkach, w muszli trwają koncerty, dzieci spieszą się na teatrzyk. A przy mecie, naprzeciwko symbolu miasta – zakładu przyrodoleczniczego „Wojciech”, trwa nieustająca wrzawa. To tutaj startuje większość biegów i tu znajduje się meta. A każdy finiszer witany jest jak prawdziwy olimpijczyk, gdy tylko przebiegając przez szpaler kibiców, odbiera zasłużony medal. Tyle, że na taki splendor trzeba sobie zapracować. Długimi i żmudnymi przygotowaniami, litrami wylanego potu i godzinami spędzonymi na treningach, najlepiej w górach. Nawet jeśli, tak jak ja, człowiek plasuje się w połowie stawki chronicznie uzależnionych – tzw. górskich biegoholików. I wybrał sobie na sobotni poranek trasę pod kryptonimem „Ultra Trail”.
– 68 km? To taki długi spacerek po górach. Wrócimy w jednym kawałku, a może będzie nas więcej, bo po takiej przygodzie będę widziała podwójnie – pociesza mnie Magda, która debiutuje w walce z takim kilometrażem.
Na co dzień, ze swoją drugą połówką Darkiem, prowadzą agroturystykę dla aktywnych w Starym Gierałtowie. Maratonka i trener personalny. Wybuchowa i pozytywna mieszanka. Zatrzymałem się u nich na noc, tuż przed startem. I dzięki temu łapię się na gratisowy suport, bo za parę godzin Darek będzie mi polewał głowę wodą. Okazuje się, że jeden z punktów żywieniowych znajduje się dosłownie pod ich domem.

Ja nie szukam, ja znajduję – Pablo Picasso
Najpierw trzeba tam dobiec. Z chłodną głową utrzymać nerwy na wodzy, zapanować nad buzującą we krwi adrenaliną i zaufać własnym nogom. Mniej więcej takie odczucia targają mną przed startem. Na zegarku 5.55. Jeszcze 5 minut, więc myśli krążą wokół trasy i jej specyfiki. Najwyższy punkt: 1083 metry n.p.m., całkowite wzniesienie terenu: 2915 metrów, limit czasu: 13 godzin i tylko ta odległość nie daje mi spokoju.
– Podobno wychodzi ciut więcej, tak pod 71 kilometrów – szczerzy się za mną wyżyłowany brodacz.
A wraz z nim blisko czterystu śmiałków czekających na odliczanie vel odgłos startera. Trzy, dwa, jeden, bach! I nie ma już odwrotu. Masa biegaczy wlewa się w ulicę Orlą, by po chwili odbić na szlak w kierunku Trojaka (766 m n.p.m.). Byleby się nie spalić, nie zacząć za szybko. Ultramaraton, czyli każdy bieg powyżej dystansu maratońskiego (42 km 195 m) to cichy zabójca. Jeśli na początku spali się płuca i zakwasi mięśnie, walka o osiągniecie mety zmieni się w bitwę o przetrwanie. Zatem delikatnie, swoim tempem, zdobywamy metry i delektujemy się zapachem lasu. Aż do zbocza, gdzie trucht przechodzi w marsz.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też