Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Góry Kambryjskie

Na Snowdonie ćwiczył Mallory

NPM 4/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Supergan
Szlak na Glyder Fach (994 m n.p.m.). Po lewej widoczny wierzchołek Snowdona (1085 m n.p.m.), w środku Crib Goch (923 m n.p.m.) (FOT. ŁUKASZ SUPERGAN)
Wielka Brytania jako cel wypraw górskich? Taka deklaracja może budzić uśmiech politowania. Szukać gór na nudnych, płaskich i wiecznie zamglonych terenach Zjednoczonego Królestwa? Pozory jednak mylą. Góry Kambryjskie, położone w zachodniej Walii, ciągnące się od kanału La Manche na południu po Morze Irlandzkie na północy, to miejsce niezwykłe. Niezależnie, czego szukamy w górach – pięknych widoków, intrygującej historii czy spotkania z miejscową kulturą – Walia jest krainą, która przypadnie do gustu każdemu.

Na terenie Wielkiej Brytanii przynajmniej dwa obszary kontrastują z typowo angielskim, płaskim krajobrazem. Pierwszy z nich to Szkocja, pokryta przez Góry Kaledońskie i Grampiany. Drugi, znacznie mniej znany, to właśnie Góry Kambryjskie – cel mojej podróży.

Tu liczy się tradycja
Po dwugodzinnym locie znajduję się w Liverpoolu. Stąd tylko godzina jazdy dzieli mnie od gór. Szeroka autostrada, którą jadę, wiedzie przez niziny zachodniej Anglii, by dotrzeć nad wybrzeże Morza Irlandzkiego. I wtedy krajobraz zmienia się niemal w jednej chwili – miejsce ciągnących się po horyzont łąk i pól zajmują wzgórza. A zatem jestem w Walii.
Zmierzam do Llandudno, miasta położonego na półwyspie otoczonym z trzech stron przez morze. Wierzchołek tego cypla zwieńcza wielka skała zwana Great Orme, zamykająca widok na północ z każdej części miasta. Znacznie mniejszy masyw Little Orme oddziela półwysep od stałego lądu. Takie izolowane położenie nadaje miastu klimat spokoju i niezmienności. To właśnie dzięki niemu Llandudno stało się jednym z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju. Dla mnie to miejsce ma jeszcze jeden niezaprzeczalny walor – mieszka tam część mojej rodziny, dzięki czemu nie muszę się martwić o dach nad głową podczas tego wyjazdu.
Pierwsze trzy dni spędzam, włócząc się po ulicach miasta. Spodziewam się, że popularny kurort będzie tętnić życiem do późnej nocy, co pozwoli mi podejrzeć Walijczyków w ich czasie wolnym. Nic bardziej mylnego. Gdy około piątej zapada zmierzch, udaję się na spacer główną ulicą i ze zdumieniem stwierdzam, że jestem kompletnie sam. Mimo wczesnej pory sklepy i restauracje są zamknięte, ruchliwe zazwyczaj galerie handlowe ciemne, a przechodnie niemal zniknęli. Przyczyna tego stanu staje się jasna, gdy zaczynam zaglądać w okna mijanych domków – ich mieszkańcy wieczorami wspólnie się gromadzą. Szybko spostrzegam, jak ważna w życiu Walijczyków jest tradycja, a wieczorne spotkania w domach są jedną z jej części.
Po kilku dniach spędzonych w mieście, skuszony dobrą pogodą, wybieram się w góry. Moim pierwszym celem stanie się Snowdon (1085 m n.p.m.), najwyższy wierzchołek Walii.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też