Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Sierra Nevada

Mulhacén na trenażerze

NPM 10/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Achrem
(fot. Santiago Ruiz Fernandez)
Nigdy nie planowałem zdobywania koron ani koronek, ale nieomal bezwiednie, udając się na wypad w jakiś górski łańcuch, obowiązkowym punktem programu staje się jego najwyższy szczyt. Tak było i tym razem. Udało nam się nanizać kolejny paciorek na długaśny łańcuszek Korony Europy. Weszliśmy na numer pięć tej listy – Mulhacén.

Mieszkanie w stolicy świata ma wiele niepodważalnych zalet. Jest z niej wszędzie blisko, tanio i łatwo. Dla mieszkających w Polsce, a szczególnie w płaskiej jej części, dotarcie do większości ciekawych górskich destynacji obarczone jest większą mitręgą. Można się spierać, czy to Londyn jest stolicą świata, ale ja – bombardowany co rusz przez mieszkającego tam kolegę Martensa relacjami z weekendowych wspinaczkowych wypadów, a to do Norwegii, a to do Szkocji, a to do Tajlandii – uznaję Londyn za stolicę świata, przynamniej po tej stronie Atlantyku.
Z poznańskiej Ławicy tzw. tani przewoźnicy latają do kilku miejsc w Europie. Jako że Martens wyjątkowo ciepło wypowiadał się o skałkach w Katalonii, a można z Poznania dolecieć bezpośrednio do takich katalońskich osad, jak Girona lub Reus – zaczęliśmy następną eskapadę planować właśnie tam. Kolejne terminy się zmieniały, przesuwały, na szczęście skład osobowy trwał ten sam. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na początek marca, potrzebowaliśmy lepszych niż katalońskie gwarancji słońca. W Hiszpanii najdalej na południe jest Andaluzja, ze wspaniałym regionem wspinaczkowym El Chorro, i tylko godzinę jazdy potrzeba, żeby tam dotrzeć z lotniska w Maladze. Bingo!
Podróż do Malagi dla Martensa oznaczała tylko dwie godziny z Londynu, dla nas – przez Berlin, z międzylądowaniem na Wyspach – cały dzień. Ale podobno mieszkanie na prowincji świata ma też jakieś ukryte uroki. O brzasku ruszyliśmy autem do Berlina, o zmierzchu dotarliśmy do hostelu w El Chorro. Redakcja poprosiła, aby oszczędzić Szanownym Czytelnikom opisów aktywności innych niż trekkingowe lub wysokogórskie, a już przede wszystkim wspinaczkowe. Napiszę więc tylko, że Andaluzja w marcu to najlepszy pomysł, jaki może przyjść człowiekowi do głowy. Bo raz – uprawianie tam sportów wszelakich jest niezwykle dostępne i atrakcyjne. Nam w jednym tylko tygodniu udało się zmieścić nie tylko wspinaczkę sportową i góry wysokie, ale też rafting i nurkowanie. A o krok byliśmy od dnia na nartach i dnia na glajtach. Bo dwa – świeci ciągle słońce, a jest raczej rześko niż gorąco. Bo trzy – prawie wcale nie ma turystów, co oznacza niższe ceny, większą dostępność, oszczędzenie czasu na kolejki, korki i poszukania parkingu. Bo cztery – ciężko byłoby gdzieś indziej lub kiedy indziej spotkać tak zrelaksowanych i miłych ludzi. A ten nastrój się udziela i nawet pozostaje na trochę po powrocie do kraju.

W księżycową jasną noc
Martens po odbębnieniu przez kilka pierwszych dni swych obowiązków instruktorskich w skałkach (czytaj: bycia nam matką, ojcem, a czasem jedyną nadzieją) powrócił do angielskiej mgły, kiełbasek z fasolą na śniadanie i wygazowanej zupy, podawanej z dystrybutorów, z jakich na Kontynencie nalewa się piwo. Nasza trójka ruszyła zaś autem na wschód, w stronę Sierra Nevada. Gdybym obdarzony był talentem literackim na miarę Elizy Orzeszkowej, spróbowałbym przekonać Szanownych Państwa adekwatnym opisem, że krajobrazy, które podziwialiśmy, wspinając się ku szczytom Sierra Nevada, przewyższać mogłyby nawet swym urokiem krajobrazy znad Niemna. Ale dam sobie, z takimi skazanymi na porażkę próbami, spokój. Ustnie chciałem o tym już opowiedzieć koledze Saszy, i też się nie udało. Zapytać by ktoś mógł – dlaczego opowiedzieć Saszy, skoro jechał z wami? Ale byłby to ktoś znający Saszę jedynie pobieżnie, bo ci, którzy znają go choć trochę lepiej, wiedzą, że Sasza cierpi na rzadką chorobę – kinetozę kataleptyczną (część badaczy określa ją jako narkolepsję lokomocyjną – co może ułatwić Szanownym Państwu zrozumienie istoty tego schorzenia). Po prostu, kiedy porusza się jakimkolwiek środkiem transportu jako pasażer – przez całą drogę śpi.
Tym razem kinetoza kataleptyczna spotęgowana była jeszcze jakimś paskudnym wirusem, co zmusiło nas w żalu pożegnać się z Saszą na parkingu przy zabudowaniach elektrowni wodnej Central Eléctrica de Cebadilla (ok. 1550 m n.p.m.). Wyżej wjechać autem już nie można było. Ruszyliśmy w górę tylko we dwóch. Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło, na szczęście księżycowy blond irokeza na głowie Marka ułatwiał mi jego lokalizację na szlaku. Drogę do schroniska Poqueira (2500 m n.p.m.) szacunki podawały na trzy godziny. Mieliśmy nadzieję (ubezpieczoną czołówkami znanej firmy), że dotrzemy więc doń około godziny 21, kiedy jeszcze nie będzie egipskich ciemności.
Oznaczenie szlaku (biało-żółte) jest kiepskawe, ale zgubić się właściwie nie sposób, bo trzyma się on uparcie koryta rzeki Naute, wiodąc raz po jej lewej, raz po prawej stronie. To kurczowe dość trzymanie się rzeki miało jednak pewien minus, a mianowicie szlak często, zamiast piąć się pod górę, schodził w dół. Marek w tych chwilach wyzywał jego autorów od najgorszych, ja zaś stawiałem jedynie bierny opór grawitacji, w duchu Mahatmy Gandhiego. Towarzystwa nie mieliśmy żadnego. Oczywiście w tradycyjnym znaczeniu słowa „towarzystwo”. Bojownicy o prawa zwierząt upomnieliby się zapewne o wspomnienie kilku krów, kilkudziesięciu kozic i dwóch psów (ale o tych ostatnich za chwilę), które to czworonogi mijaliśmy po drodze. Nikt już nie szedł. Wprawdzie na parkingu przy Central Eléctrica dwóch ludzi się przebierało, ale widocznie zakładali już na powrót cywilne ciuchy.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Inne góry Półwyspu Pirenejskiego (m.in. Betyckie, Picos de Europa)

Zobacz też