Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Andy Środkowe

Muł to brzmi dumnie!

NPM 11/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Jacek Sidlarewicz
W głębi - Meduza (6120 m n.p.m.) (fot. Jacek Sidlarewicz)
Jakiś czas temu przeczytałem książkę Wojciecha Lewandowskiego „Wyżej niż kondory... 70 lat później”. Najciekawsze były fragmenty o Ojos del Salado, najwyższym wulkanie na Ziemi i drugim szczycie Ameryki Południowej, zdobytym przez naszych rodaków Wojsznisa i Szczepańskiego w 1937 roku. Wojtek wchodził jak pierwsi zdobywcy od strony argentyńskiej. Czułem, że powinienem się tam pojawić.

Gdzieś na początku grudnia dzwoni do mnie Bartek, dawno niesłyszany i niewidziany. Jestem trochę zaskoczony. Nie miał do mnie numeru, ale w końcu dla chcącego nic trudnego.
– Może masz czas i ochotę wybrać się na Ankę? – słyszę w komórce pytanie.
– Chyba styczeń i pół lutego mam wolne, ale Anka to za mało. Musimy coś dołożyć – co myślisz o Ojos del Salado? – odpowiadam, nie zastanawiając się specjalnie, bo właśnie kilka dni wcześniej byłem tam myślami.
I gdy Bartek mówi, że pomysł mu się podoba, wiem już, że trzeba zrobić wszystko, aby ten szybki plan doprowadzić do realizacji. Wiedzę o Ojos powiększa też Wojtek Jankowski, niedawno poznany andynista, który z sukcesem działał w tym rejonie rok wcześniej.

Złe dobrego początki
Lądujemy. Buenos Aires wita nas gorącym słońcem. Nie planujemy jednak korzystania z jego uroków, bo musimy się spieszyć do Fiambali, położonej setki kilometrów na północnyzachód. Już przed wyjazdem zorientowaliśmy się, że za kilka dni przewali się w rejonie tego miasteczka rajd Dakar.
Niestety, mamy piątek i prawie wszystkie bilety autobusowe wykupione. Zostają te droższe i to tylko do miast leżących dość daleko od naszego celu. Po namyśle decydujemy, że trzeba ruszyć do przodu. Początkowo jesteśmy pod wrażeniem autobusowego standardu, u nas zupełnie niespotykanego. Spanie jak w łóżku, posiłki, cały czas dziewczyna pyta, czy czegoś nie potrzeba. Ale w La Rioja następnego dnia rano, dosłownie chwilę po wyjściu z autobusu, oblewa nas zimny prysznic.
– Bartek, masz pieniądze? – pytam na wszelki wypadek.
– O....... nie! – krzyczy i natychmiast zagęszcza się atmosfera.
Wpadamy na zmianę do autobusu, szukamy najdokładniej, jak tylko można, ale po saszetce z pieniędzmi ani śladu. Zacząć wyprawę od takiej straty to wielki pech. Przeżywamy to dość mocno i zastanawiamy się, co będzie dalej. Niestety, kradzieże tutaj to codzienność.
Szybko okazuje się, że mamy kolejny problem – autobus do Fiambali będzie dopiero za dwa dni. Coś trzeba jednak robić – w efekcie pieszo, stopem, a także taksówką oraz lokalnym autobusem docieramy na miejsce po trzech dniach. I tu dopiero zaczyna się wszystko układać jak trzeba. Jonson Reynoso – andynista prowadzący biuro wyprawowe – natychmiast nam pomaga. Wspomina naszych Wojtków i przekazuje polską flagę z wpisami dotychczasowych zdobywców Ojos del Salado. Zaliczamy jeszcze kąpiel w pobliskich termach i jesteśmy gotowi ruszać dalej. Jonson już na następny dzień organizuje nam jeepa i muły do transportu worów.
– Zdążymy przed Dakarem, uff!!! – cieszymy się.
To, co tygrysy lubią najbardziej
W schronie Quemadito (3700 m n.p.m.), 150 kilometrów do Fiambali, meldujemy się w gorącym, południowym słońcu. Azierro, nasz mulnik, wita nas radośnie, ale od razu widać, że będziemy się porozumiewać – w razie potrzeby – na migi. Uzgodniliśmy wcześniej, że pojedzie od razu z worami na przełęcz Laguna Negra (5550 m n.p.m.). Jakież jest nasze zdziwienie, gdy następnego dnia spotykamy go u wejścia do kolejnej doliny.
– Co będzie dalej? – myślę i przypominam sobie, jak Wojtek Lewandowski pisał, że mulnik nie znał drogi w kierunku Ojos.
– Mamy GPS, a więc jakoś sobie damy radę – próbuję szukać jasnych stron.
Pokonana dolina Cazadero jest piękna, ale kolejna – z potokiem Agua Caliente, czyli ciepłą wodą wraz z otaczającymi skałami i wzniesieniami – to cud natury. Kąpiel w takim miejscu pozostawia niezapomniane wrażenia. A trzeba pamiętać o minimalnej wilgotności, wszak pustynia Atakama jest niedaleko. Moja wyobraźnia pracuje i myślę sobie, że może kiedyś z kimś bardzo bliskim tutaj powrócę. Zastanawiamy się, jak iść dalej, a to kluczowa decyzja, bo wyżej już praktycznie nie ma wody.
– Odpal GPS – radzi Bartek
– Spróbuję – odpowiadam, ale nie mogę złapać żadnego satelity, a tym samym określić położenia.
Postanawiam wejść na najbliższe, wysokie wzniesienie.
– Może z góry uda mi się ocenić, którędy powinniśmy pójść – myślę sobie.
Zabieram też mapę, która – mimo wielu błędów – może być pomocna. Z góry widzę pustynny płaskowyż, a daleko przed nami łańcuch górski.
– Jakież te szczyty podobne do siebie – taka jest pierwsza reakcja.
Po analizie wybieram przełęcz i dochodzący Bartek zgadza się, że to jest Laguna Negra. Tam przecież czekają nasze wory. Musimy je znaleźć.
Następnego dnia idziemy kamienistą pustynią. A na plecaku doczepione to, co najważniejsze – pięć litrów wody w worku MSR-a. Wiemy, że do kolejnego biwaku jeszcze daleko, ale tu odległości wydają się być co najmniej dwukrotnie większe niż w rzeczywistości. I do tego gorąco i sucho, jakby przez lata nie spadła kropla deszczu. Jest jednak coś, co nam poprawia humor – zaczyna działać GPS.
– Teraz chyba nie zabłądzimy – zgodnie oceniamy.

(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też