Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | SIWY WIERCH

Monte Grigio dla koneserów

NPM 10/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Daniel Przewoźny
()
Siwy Wierch to jeden z tych wyjątkowych, tatrzańskich szczytów, który przenosi nas w wapienne Dolomity. Warto dołączyć go do tatrzańskiej kolekcji, choć leży trochę z boku najważniejszych szlaków.

O Siwym Wierchu (słow. Sivý vrch, 1805 m n.p.m.) wielu miłośników Tatr nie ma bladego pojęcia. A ci, którzy go znają lub kojarzą, często nie uwzględniają tego szczytu w planach swoich górskich wędrówek. Nic dziwnego, bo wystarczy spojrzeć na mapę, by przekonać się, że ta góra leży na samym końcu Tatr – albo na początku, jeśli patrzeć będziemy na mapę od lewej strony. Dlatego bywa zapomniana, ale dzięki temu nie ma tutaj turystycznego zgiełku, tak charakterystycznego dla naszych Tatr. Jest jedyna w swoim rodzaju. Rzekłbym nawet bez żadnej przesady, że czeka na prawdziwych koneserów.
W samo południe
Tegoroczne lato w Tatrach było specyficzne. Niemal przez dwa miesiące dominowało słońce z popołudniowymi deszczami i burzami. Ale jeden tydzień był wyjątkowy, akurat ten, kiedy pojechaliśmy z ekipą w Tatry słowackie.
W ciągu dwóch dni o jakichkolwiek promykach słonecznych możemy zapomnieć. Po polskiej stronie spada około 210 milimetrów deszczu, a po słowackiej ponad 150. Bywam w Tatrach regularnie, ale tym razem trudno uwierzyć w to, co dzieje się za oknem. Szlaki zamieniają się w górskie potoki. Z niedowierzaniem czytamy wiadomości o tym, co się dzieje wysoko w górach. Nawet odcinek Tatrzańskiej Magistrali z Hrebienioka do Chaty Zamkowskiego zostaje zamknięty na dwa dni.
Nasi znajomi przewodnicy tatrzańscy przyznają, że dawno nie widzieli takich zniszczeń spowodowanych przez wodę. – Nawet słynna powódź w 1997 roku oszczędziła Tatry – wspominają.
Nie ma co jednak siedzieć z założonymi rękami. Po dwóch dniach ulewnego deszczu prognozy dają trochę nadziei na lepszą pogodę. Dlatego nasz wybór na pierwszą wędrówkę po tym kataklizmie pada na niedoceniany Siwy Wierch.
Ruszamy o nietypowej dla górskich wędrówek porze. Godzina 11 to dla prawdziwych turystów czas powrotu z tatrzańskich szczytów, a my wyruszamy dopiero z naszej bazy. Powód jest prozaiczny: koniec opadów prognozy wskazują niemal na samo południe. Co prawda Stary Smokowiec (Starý Smokovec) żegna nas takimi chmurami, że żadnych szczytów nie widzimy, ale patrząc na radary pogodowe, nie tracimy nadziei. Bez pośpiechu ruszamy samochodem w kierunku Liptowskiego Mikulaszu (Liptovský Mikuláš), a następnie do wsi Jałowiec (Jalovec), położonej u podnóża Tatr Zachodnich. To miejsce przypomina nam tyrolskie miasteczko z charakterystycznymi wieżami kościołów i domami, z pięknie oraz równo przystrzyżonymi kwiatami. Czas płynie tu bardzo wolno. Na ulicach dostrzegamy tylko nielicznych przechodniów, drogi są niemal puste.
– Co o tej porze dzieje się na drodze do Bukowiny Tatrzańskiej? – porównujemy to miejsce z polskimi Tatrami.
Powstała w XIII wieku wieś Jałowiec ma bogate tradycje pasterskie, które kultywowane są do dzisiaj. Przy drodze podziwiamy zatem liczne stada owiec, pasące się na pobliskiej łące. Ten niemal bajkowy widok jeszcze bardziej nas do tej okolicy przekonuje.
Prognozy sprawdzają się idealnie. Mija godzina 12, gdy deszcz przestaje padać i w końcu możemy podziwiać wynurzające się zza chmur góry.
Na lekko albo w stylu himalajskim
Samochód zostawiamy na bezpłatnym parkingu przy rozstaju szlaków – to Bobrowiecki Wapiennik (Bobrovecka vapenica, 750 m n.p.m.). Miejsce swoją nazwę zawdzięcza położnej kilka kilometrów dalej wsi Bobrowiec (Bobrovec). Ona też przypomina alpejskie miejscowości z rozległymi panoramami na okolice. Tylko wysokość jest tu niemal o kilometr niższa.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też