Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Ekwador

Mo­kra stro­na Ameryki

NPM 6/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Agnieszka Konopka, Izabela Kamińska
()
Pojechałyśmy tam na przekór. Na przekór deszczom, lawinom błotnym, prognozom meteorologicznym, jednym słowem − całkowicie wbrew logice. Ale było warto.  

Za­czę­ło się od ma­rze­nia i uczu­cia, że Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa nas wzy­wa, że jest nam prze­zna­czo­na, że prę­dzej czy póź­niej al­bo Ame­ry­ka do nas, al­bo my do Ame­ry­ki. Cze­ka­ły­śmy i cze­ka­ły­śmy, a ona ani rusz. I tak pa­rę lat póź­niej Pol­ska że­gna­ła nas bia­łą zi­mą, a my że­gna­ły­śmy zi­mę z wy­pie­ka­mi na twa­rzy − nie od mro­zu, a z emo­cji i z prze­wrot­nym pla­nem po­dró­żo­wa­nia bez pla­nu. W ten spon­ta­nicz­ny spo­sób w trze­cim mie­sią­cu na­szej po­dró­ży po Ame­ry­ce za­wę­dro­wa­ły­śmy do Ekwa­do­ru.
 
Tak­sów­ką do Ekwa­do­ru
Wjazd do te­go kra­ju nie na­le­ży do naj­prost­szych. Bla­dym świ­tem do­cie­ra­my przed drzwi pe­ru­wiań­skiej stra­ży gra­nicz­nej, gdzie chwi­lę póź­niej, bo­gat­sze o kil­ka no­wych pie­czą­tek w pasz­por­cie, nie prze­by­wa­my już − przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie − na te­ry­to­rium Pe­ru. Je­ste­śmy go­to­we do wy­mar­szu z jak zwy­kle więk­szy­mi od nas ple­ca­ka­mi i ci­sną­cym się na usta py­ta­niem:
− Gdzie ten Ekwa­dor?
Na szczę­ście po­za mu­ra­mi stra­ży gra­nicz­nej, nie­za­leż­nie od po­ry dnia i no­cy, cza­ją się kie­row­cy wszel­kiej ma­ści po­jaz­dów, pro­po­nu­jąc trans­port na dru­gą stro­nę mo­stu łą­czą­ce­go Pe­ru i Ekwa­dor. Oka­zu­je się bo­wiem, że punk­ty kon­tro­li gra­nicz­nej obu kra­jów dzie­li od­le­głość niemal 15 ki­lo­me­trów! Po­mię­dzy ni­mi roz­cią­ga się kró­le­stwo in­te­re­sów wa­lu­to­wych (uwa­ga na fał­szy­we do­la­ry!), stra­ga­nów, ulicz­nych ja­dło­daj­ni, na­chal­nych sprze­daw­ców usług, mniej lub bar­dziej życz­li­wych nie­zna­jo­mych, a tak­że pa­ru po­dob­nych do nas po­dróż­nych, za­wie­szo­nych po­mię­dzy wjaz­dem a wy­jaz­dem. Ze wzglę­du na wiel­kość ba­ga­żu od­rzu­ca­my opcję mo­to­ro­we­ru i tak­sów­ką ru­sza­my przez gra­ni­cę.
Na­szym ce­lem jest Cu­en­ca, sto­li­ca gór­skiej pro­win­cji Azu­ay w po­łu­dnio­wej czę­ści Ekwa­do­ru. Le­ży ona 440 ki­lo­me­try od sto­li­cy Qu­ito nad rze­ką To­me­bam­ba, na wy­so­ko­ści oko­ło 2500 m n.p.m. To ty­le, ile ma­ją na­sze naj­wyż­sze Ry­sy. Cu­en­ca jest trze­cim co do wiel­ko­ści mia­stem Ekwa­do­ru. Ale ży­cie pul­su­je tu ryt­mem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla mia­stecz­ka. Czas pły­nie wol­niej, to­też Cu­en­cę na­le­ży sma­ko­wać po­wo­li, stop­nio­wo od­kry­wa­jąc pla­ce, ulicz­ki, pro­me­na­dy, zdob­ne fa­sa­dy, rzeź­bio­ne bal­ko­ny i scho­dy spły­wa­ją­ce z mia­sta ku rze­ce. Za­gu­bie­nie się w za­ka­mar­kach sta­rów­ki przy­pra­wia o ko­lo­ro­wy za­wrót gło­wy. Wą­skie bru­ko­wa­ne uli­ce, strze­żo­ne przez sze­re­gi barw­nych ka­mie­nic, pro­wa­dzą do pla­cu głów­ne­go – Pla­za de Ar­mas, nad któ­rym wzno­si się strze­li­sta ka­te­dra z ró­żo­we­go mar­mu­ru. Nie­da­le­ko wi­je się rze­ka To­me­bam­ba, znad któ­rej roz­ta­cza się pięk­ny wi­dok na le­żą­cą po­wy­żej Cal­le Lar­ga i na cią­gną­ce się wzdłuż niej wi­szą­ce do­my. Cu­en­ca uwio­dła nas cał­ko­wi­cie i pew­nie nie ru­szy­ły­by­śmy się z niej, gdy­by nie to, że oko­ło 30 ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy za­chód le­ży Park Na­ro­do­wy Ca­jas.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też