Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Himalaje / Ladakh

Mój największy górski wysiłek

NPM 2/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Bielecka
(fot. Agnieszka Bielecka)
Ostatni, około 100-metrowy śnieżny stok prowadzący na grań szczytową pokonuję prawie na czworakach. I kosztuje mnie on najwięcej wysiłku, na jaki kiedykolwiek się zdobyłam w górach.

Jest godzina czwarta rano, 11 sierpnia 2018 roku. Na zewnątrz jeszcze ciemno i przeraźliwie zimno. Wraz z Krzysztofem Mularskim wychodzimy z ciasnego szturmowego namiotu, rozbitego w obozie III na wysokości około 6500 metrów n.p.m. Noc jest spokojna, bezwietrzna, niebo rozgwieżdżone. Daleko, w kilku miejscach widać rozświetlające niebo błyskawice. W zasadzie pojawiają się one co noc. Początkowo bardzo nas niepokoiły. Ale z czasem przyzwyczailiśmy się, że w ciągu upalnego dnia gdzieniegdzie w oddali budują się na niebie potężne cumulonibusy, które później straszą wyładowaniami. Są to jednak zjawiska atmosferyczne rozwijające się lokalnie i tak też zanikające.
Obóz trzeci na Kun-Nunie znajduje się na rozległym płaskowyżu. Wydaje się, że tuż obok mamy potężną ścianę, którą musimy się wspinać, aby dojść na szczyt. Poprzedniego dnia uważnie ją obserwowaliśmy, próbując znaleźć najlepszy wariant drogi. Niestety, w „trójce” jesteśmy zupełnie sami. Nie ma tu nikogo, z kim można by skonsultować przebieg drogi. Poza tym wspinanie w Indiach oznacza rezygnację ze współczesnych ułatwień komunikacyjnych. Telefony satelitarne są zakazane, a w Ladakhu posiadanie radiotelefonów wymaga specjalnych pozwoleń. Działając tak blisko wrażliwej granicy z Pakistanem i Chinami, nie wiem, czy udałoby się takie pozwolenie załatwić. Dlatego jesteśmy skazani na pełną samodzielność i brak kontaktu z kimkolwiek. Ale na pewno ma to swój urok. I choć Nun Kun (7135 m n.p.m.) dawno temu stracił status góry dziewiczej i podobno jest jednym z najpopularniejszych siedmiotysięczników w Indiach, czujemy się trochę jak samotni odkrywcy.

Atak bez aklimatyzacji
Podejście pod ścianę zajmuje nam dość czasu, żeby zaczęło się przejaśniać. Poprzedniego dnia ustaliliśmy, że jej pierwszą część – intensywnie pociętą szczelinami i pionowymi ściankami śnieżno-lodowymi – spróbujemy obejść od prawej strony. Pomimo śladów, które wczoraj dostrzegliśmy, prowadzących na wprost przez strome ściany i szczeliny, ze względów bezpieczeństwa kierujemy się jednak na prawo, klucząc między szerokimi szczelinami. Idziemy dość szybko, próbując się rozgrzać i złapać oddech.
Atak szczytowy nie jest dzisiaj do końca rozsądny. Nie mamy żadnej aklimatyzacji, a puchowe kurtki i najcieplejsze rzeczy zostały w bazie. Podczas pierwszego wyjścia planowaliśmy założyć obóz drugi, przy odrobinie szczęścia trzeci. A teraz walczymy o tlen i rozgrzanie ciała w ataku szczytowym, siedem dni po dotarciu do bazy. Zimno jest przejmujące, bo ściana skierowana jest na zachód. I choć od godziny jest jasno. nie czujemy ani odrobiny ciepła.
W końcu docieramy do ślepego zaułka. Ogromne szczeliny nie dają cienia szansy na to, by przedostać się na drugą stronę. Postanawiam zawrócić. Krzysiek chce jeszcze sprawdzić, czy na pewno nic się nie da zrobić. Ja wiem, że muszę się ruszać, bo odmrożę palce. Idę skosem pod ścianą, żeby zobaczyć, czy tam – gdzie, jak się nam zdawało, prowadzą ślady poprzedników – jest lepsza droga. W głowie kołacze myśl, że jest wystarczająco wczesna pora i pomimo pomyłki może nam się jeszcze udać. Ale przeplata się ona z tą, że jest boleśnie zimno, późno, nie mamy aklimatyzacji i trzeba się wycofać i spróbować jeszcze raz.
Docieram do śladów. Prowadzą do końca poręczówki, która dalej idzie przewieszeniem przez śnieżno-lodową ściankę. Co jest powyżej, tego nie widać. Czekam zrezygnowana na Krzyśka, który podąża za mną. Z brakiem czucia w palcach i z trudem łapiąc oddech, nie pokonam tego przewieszenia. Zimno mi, aż boli. Podejmuję decyzję o wycofie.

Dlaczego nic planowo nie wychodzi?
Jakoś w styczniu 2018 roku umówiłam się Krzyśkiem na wypad w Tatry. W Tatry nie dojechaliśmy, pogoda się posypała. Wylądowaliśmy na drytoolach w Lądku-Zdroju. I właśnie tam, gadając o potencjalnych wspólnych wspinaczkach, dowiedziałam się, o planowanej wyprawę na siedmiotysięcznik w Afganistanie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też