Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Młodzi himalaiści

Młode wilki pod flagą biało-czerwoną

Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Michał Parwa
Dla Tomasza Chwastka przepustką do wyjazdu w Himalaje okazał się Elbrus Race, gdzie wybiegał ósmy czas zawodów (fot. Kacper Tekieli)
[body_1]

Kukuczki, Rutkiewicz czy Wielickiego. Po trzech dekadach echa przeszłości wciąż krążą po festiwalach i branżowych pismach, oddzielone grubą kreską od swoich następców. Pora zajrzeć za kulisy, uchylić kurtynę zasłaniającą tych, o których będzie mówiło następne pokolenie.
Najłatwiej byłoby zacząć prosto z mostu. Uśrednić, zgeneralizować i zapytać: kim jest i jak wygląda przeciętny młody polski alpinista? Ale po takim wstępie wypada raczej uderzyć się w pierś i nanieść sprostowanie. Na słowo „przeciętny” nie ma miejsca w poniższym tekście, bowiem w odniesieniu do jego bohaterów trudno się odciąć od wszechobecnej skromności i wyników. Swoje sukcesy nazywają małymi, niekiedy dodając kilka przymiotników. Jakby zupełnie nie przyjmowali argumentów o nagrodach i wyróżnieniach. Dopiero po kilku minutach rozmowy zaczynam rozumieć, że wszystko zależy od punktu siedzenia. Bo to, co górski łazik nazwie kosmosem, dla nich już na zawsze pozostanie etapem, drogą do kolejnego celu, nauką lub doświadczeniem. A na ten wielowymiarowy wszechświat składa się najszybsze zimowe przejście direttissimy Mięguszowieckiego Szczytu, tytuł Śnieżnej Pantery, zwycięstwo w Elbrus Race czy bycie najmłodszą osobą na świecie, która weszła na Chan Tengri. I kiedy dokładam do tego ośmiotysięczniki w wersji zimowej, okazuje się, że wąsaty belfer od fizyki miał rację: granic kosmosu nie ma.

Król Artur i rycerze okrągłego stołu
Gdyby zewrzeć tę nieziemską masę w jedno ludzkie ciało, powstałby niespełna 30-latek, który swoją górską drogę rozpoczął zgodnie z radą starych ksiąg. Na początku był więc chaos, potem kurs skałkowy, taternicki i pierwsza zima w Tatrach, która porwała serce na dobre. Potem Alpy, Kaukaz, Pamir i Himalaje. Scenariusz prosty, ale tylko do momentu, w którym trzeba wcielić go w życie. Trzymając się konwencji, niezbędny okaże się gwiezdny pył, czyli siła charakteru, wiara w swoje marzenia oraz predyspozycje fizyczne. Kiedy więc ułożymy całą układankę pasm, trzeba pokroić tort życia na trzy równe części, bo każdy z nich spędza w górach średnio cztery miesiące w roku. Czym jednak byliby bez swoich idoli: Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz czy Waltera Bonnatiego? Wszystkie te nazwiska wymieniają jednym tchem, chociaż dzielą je od nich lata świetlne. Ale to ich prywatna opinia. Bo dla patrzących z zewnątrz to krócej niż lot na orbitę.
I nie są zgodni tylko wtedy, kiedy zadaje się im najbardziej filozoficzne z pytań: Dlaczego góry? Niektórzy znajdują w nich źródło siły i inspirację, kolejni po prostu w górach się urodzili, znaleźli „spręża” lub zachłysnęli się tatrzańską liryką. Kiedy
pytam o kondycję polskiego himalaizmu, odpowiedzi parafrazują medialny odłam postnietzschowskiej myśli „jak żyć, panie premierze?”.
Łączy ich Polski Himalaizm Zimowy. Górskie dziecko Artura Hajzera, zdobywcy siedmiu ośmiotysięczników. Człowieka, który wspólnie z Jerzym Kukuczką dokonał pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę. Hajzer jest twórcą nietypowego programu sportowego, którego celem jest wejście na niezdobyte zimą ośmiotysięczniki. A z czym to się wiąże?
– Z obozu szturmowego trzeba wejść, a raczej wbiec na szczyt i wrócić w ciągu sześciu godzin! W przeciwnym razie – śmierć (temperatura na termometrze:
-35°C, odczuwalna: -70°C). Warto wspomnieć, że średnio letni atak na ośmiotysięcznik trwa 16-20 godzin. Dla przykładu kazachski wspinacz Denis Urubko latem wbiega z Azau na Elbrus w cztery godziny (3400 m przewyższenia). I do takiego biegu pod górę zimą na ponad 8000 m trzeba się przygotować! – tymi słowami autor projektu szybko definiuje, kto ma szansę na udział, dodając jednocześnie: – Na razie Polska ma pozycję światowego lidera w dziedzinie himalaizmu zimowego. Dlatego Polacy – by nie stracić prymatu – powinni zacząć działać natychmiast.

Znad morza za poetą
Wiemy już zatem, z czym muszą się zmierzyć młode wilki w najbliższej przyszłości. Pora zatem przedstawić chociaż skrawek tego, co młode, nasze i najlepsze nad poziomem morza.
Zacznijmy od Gdańska, położonego z dala od wielkich gór i skalistych szczytów. To rodzinne miasto Kacpra Tekieli, członka KW Trójmiasto, uczestnika ostatniej wyprawy na Makalu. Żeby zrozumieć drogę z wybrzeża w Himalaje, trzeba na chwilę cofnąć czas.
Kilkanaście lat temu do głosu dochodzi rodzina. Bo nikt nie opisuje świata lepiej niż emerytowany marynarz, w dodatku dziadek. To on uświadamia wpatrzonemu w toń Kacprowi, że morze to bezkresna przestrzeń żywiołu. Szybko okazuje się, że żywioł w takiej formie można porównać jedynie z górami. Aby poznać je bliżej, wykorzystuje wyjazdy w czasie ferii zimowych, w trakcie których górska przestrzeń powoli staje się częścią życia młodego chłopca. W ślad za tym idzie narciarstwo zjazdowe i turystyka, która niesie ze sobą zimowe przejścia. A stąd już prosta droga do taternictwa. Wtedy pojawia się szansa zawarcia dłuższego związku z górami. Możliwość pracy jako recepcjonista na Hali Gąsienicowej pozwala na bezgraniczne obcowanie z Tatrami. To dla nich przeprowadza się z rodzinnego Gdańska w okolice Czarnego Stawu Gąsienicowego.
– System pracy pozwalał mi czerpać z Tatr pełnymi garściami, i choć coraz częściej wyjeżdżam w inne góry, to najbardziej czuję się taternikiem i myślę, że tak już zostanie – podsumowuje krótko ten etap swojego życia.
(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”
Sylwetki młodych wilków - Adama Bieleckiego, Tomasza Chwastka, Aleksandry Dzik i Kacpra Tekielego - w najnowszym numerze „n.p.m.”.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też