Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Artur Hajzer i Robert Szymczak

Młode wilki nie mają pieniędzy

NPM 5/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Długowski
Broad Peak z okolic bazy K2 (FOT. ROBERT SZYMCZAK)
Z Arturem Hajzerem i Robertem Szymczakiem o zimowej wyprawie na Broad Peak rozmawia Łukasz Długowski  

Wasz namiot w obozie drugim podczas zimowej wyprawy na Broad Peak był na dwie osoby. Spaliście w nim w sześciu. Zgłosiliście to do księgi rekordów Guinessa?
Artur Hajzer: – To było bliskie spotkanie trzeciego stopnia, bardzo integracyjne. (śmiech)
Robert Szymczak: – Takie sytuacje to nic dziwnego. To się generalnie zdarza.

Jak to wyglądało w rzeczywistości?
R.Sz.:
– Wyglądało jak przekładaniec. Trzy osoby z głowami po jednej stronie, trzy z drugiej. Najtrudniejszą sprawą było nocne sikanie. Na dużej wysokości dużo częściej oddaje się mocz. Mieliśmy jedną butelkę do podziału. Musieliśmy wyznaczyć kogoś do jej opróżniania, bo niemożliwe było wylewanie zawartości przez każdego z osobna. Padło na Alego, naszego pakistańskiego kolegę. Przez całą noc był budzony, żeby załatwić „sprawę”, a jak się potem okazało, on sam tej nocy nie sikał.

Jak do tego doszło, że wylądowaliście w szóstkę w jednym namiocie?
R.Sz.: – Jedną z przyczyn była pogoda, drugą błąd ludzki. Namiot w obozie drugim postawiliśmy w drugim tygodniu wyprawy, a atak szczytowy nastąpił po pięćdziesięciu dniach od tego momentu. I cóż, namiot po prostu nie przetrwał siedmiu tygodni w tak skrajnych warunkach. Mieliśmy jeszcze drugi, postawiony podczas transportowania sprzętu. On też był trochę zniszczony, ale to wynikało z błędu ludzkiego. Nie był dobrze przymocowany i wiatr trochę nim potargał. Z tego, co zostało z obu namiotów, złożyliśmy jeden i w nim spaliśmy.

Po założeniu trójki długo siedzieliście w bazie i czekaliście na dobrą pogodę. W końcu napisaliście na blogu, że trzeba podjąć męską decyzję – wyjść i zawalczyć przy wietrze wiejącym 100 kilometrów na godzinę.
R.Sz.: – Gdy czekałem przez kilka tygodni na dobrą pogodę, dotarło do mnie, że może próbujemy oszukać zimę. A tego się chyba raczej nie da. Trzeba zaryzykować i pójść przy takiej pogodzie, jaka jest. Stwierdziliśmy, że dojdziemy nawet w złej pogodzie do obozu trzeciego.
A.H.: – Dysponując bardzo dokładnymi prognozami pogody, przyjęliśmy taktykę czekania. Potem okazało się, że to było czekanie na cud. Te precyzyjne prognozy miały dać nam szansę wstrzelenia się w prawie bezwietrzne warunki. Prognozy rzeczywiście czymś takim nas mamiły, ale były to prognozy długookresowe. One mówiły: za tydzień, dwa będzie lepiej. Jak ta prognoza zmieniała się w krótkoterminową, okazywało się, że będzie wiać co najmniej 60 kilometrów na godzinę i więcej. W końcu uświadomiliśmy sobie, że zimy nie da się oszukać. Trzeba się zderzyć z nią i z wiatrem. Ostatecznie było tak, że podczas ataku szczytowego wiało z prędkością 90 kilometrów na godzinę. Były takie momenty, że trzeba było iść na kolanach albo przycupnąć, by w ogóle posuwać się dalej.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też