Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Tatry Wysokie / Wysoka

Miss turnusu

NPM 9/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Wspinaczka na najpiękniejszy szczyt Tatr, a zarazem jeden z najtrudniej dostępnych. Wycieczka dla osób o aspiracjach taternickich – urozmaicona i efektowna. Tak o Wysokiej pisze autor najsłynniejszych tatrzańskich przewodników. A Józefowi Nyce nie sposób odmówić, gdy w grę wchodzi marzenie dojrzewające w głowie blisko trzy lata.

Raz do roku nasza redakcja zwiera szyki, zapina pasy, uprzęże i kaski, by ruszyć na podbój słowackich Tatr. I choć od Barei wiemy, że tradycji „(…) nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić”, to zawsze jeden dzień naszego tygodniowego urlopu poświęcamy na wspinaczkę z przewodnikami. Tak oto Edward „Edi” Lichota i Rysiek „Ergaj” Gajewski zdążyli nas już „wciągnąć” m.in. na Gerlach (słow. Gerlachovský štít, 2655 m n.p.m.), Lodowy (słow. Ľadový štít, 2627 m) czy Mięguszowiecki Szczyt Wielki (2438 m). Do chlubnej kolekcji brakowało nam Wysokiej (słow. Vysoká, 2560 m), która chcąc nie chcąc, musiała grzecznie poczekać na swoją kolej.
Najpierw odpuściliśmy jej przez wejście na Rysy (2503 m n.p.m.), aby dzień po dniu nie powielać drogi zejścia. Rok później w Tatrach spadło tyle deszczu, że zamiast planować nowe trasy, wypatrywaliśmy Noego w Arce. I ostatecznie udało się wejść wyłącznie na Wielkie Solisko (słow. Veľké Solisko, 2413 m). Teraz nie ma zmiłuj. Nareszcie przyszła pora na dwuwierzchołkowy szczyt, położony pomiędzy masywami Rysów (rozdziela je przełęcz Waga) i Ganku (słow. Veľký Ganek, 2462 m n.p.m.). Kolos, którego kształt na niemal każdej tatrzańskiej panoramie rozpozna nawet dziecko. Jakby nie patrzeć, z daleka przypomina kadry z ekranizacji „Władcy Pierścieni”. Brakuje tylko oka Saurona rozpiętego na szczycie Barad-dûr. Nas jednak bardziej interesują magicy pracujący na co dzień z radarami meteorologicznymi. I o dziwo, tym razem natura nam sprzyja – według wszelkich norwesko-słowacko-amerykańskich przepowiedni, nie powinno padać. Co się zaś tyczy widoków, prognozy są zbliżone do gry w ruletkę. Czyli na dwoje babka wróżyła.

Kto rano wstaje, ten kask dostaje
Jak wygląda logistyka takiej tury? Na początek pobudka o trzeciej nad ranem. Pierwsza, druga, wreszcie piąta drzemka w telefonie i kolejną krakowsko-poznańską wędrówkę pozaszlakową czas zacząć. Z kwatery w Nowym Smokowcu (słow. Nový Smokovec) dojeżdżamy na parking przy stacji Elektriczki „Popradské Pleso” (linie kolei słowackich obsługujących połączenia u podnóża Tatr Wysokich). To, że jesteśmy pierwsi, było do przewidzenia. Ale teraz trzeba poukładać sobie w głowie nadchodzący dzień: ponad 1000 metrów przewyższenia. Do tego dystans, tak na oko z 15 kilometrów. I to wszystko wypadałoby zamknąć w 10 godzinach.
Zabawa na poważnie zaczyna się przy schronisku nad brzegiem Popradzkiego Stawu (słow. Popradské pleso), gdzie spotykamy naszych przewodników. Od razu rozdają nam obowiązkowy zestaw małego zdobywcy, czyli kask plus uprząż.
– Macie kije? To dobrze, bo po wczorajszych burzach mamy parę kałuż na trasie do przepłynięcia – wita się z nami Edi.
– Michał, co ty masz za plecak? Jakiś taki dla dzieci, do szkoły – dorzuca swoje trzy grosze Rysiek.
I natychmiast bez szlaku, z żartami na ustach, wchodzimy w okrytą chmurami Dolinę Złomisk (słow. Zlomisková dolina). Wokoło cisza, spokój, szóstka amatorów żądnych wrażeń i dwójka zawodowców mająca im te wrażenia w bezpieczny sposób zapewnić. To właśnie jest najpiękniejsze w pozaszlakowych wyjściach z uprawnionym przewodnikiem. Szczyt jest wisienką na torcie, zwieńczeniem wysiłku. Lecz tak na prawdę liczy się droga do celu. Możliwość obcowania z przyrodą, na dziko, bez udeptanych tras, turystów i zgiełku, tak bardzo zauważalnego po polskiej stronie granicy. A tutaj? Założę się, że aktualnie w otaczającej nas dolinie jest więcej świstaków i kozic niż ludzi. Chociaż póki co, widać jedynie zakosy trasy wijącej się na Przełęcz pod Osterwą (słow. Sedlo pod Ostrvou, 1966 m n.p.m). Zresztą przez pierwsze pół godziny i tak częściej patrzymy pod nogi, żeby jakimś cudem suchą stopą pokonać wodę zalegającą na wąskiej ścieżce. Raz za razem wspieramy się na kijach, skaczemy po kamieniach niczym hydraulik Mario z komputerowej gry platformowej. Szkoda tylko, że przy tych wygibasach nie nabieramy wysokości.

Ku pamięci „Włodka”
Sytuacja zmienia się przy wielkich złomach. Dopiero na tym etapie zauważamy ogrom doliny i skalę przedsięwzięcia, które nas dzisiaj czeka. Tymczasem zza pleców wyłania się trzeci przewodnik – Grzegorz Bargiel ze swoim klientem Tomkiem.
– Poza Wysoką, spróbujemy zrobić jeszcze Smoczy i Ciężki Szczyt – zdradzają nam ambitne plany.
To tak zwana Korona Wysokiej. Piękna trasa, pozwalająca zdobyć wszystkie cztery wierzchołki masywu. Rzecz jasna, dla nieco bardziej wytrawnych zawodników. Takim jak my, góralom niskopiennym, atrakcji i tak już wystarczy. Zwłaszcza, że przy pauzie na drugie śniadanie Edi zaczyna porządkować otaczającą rzeczywistość.
– W Dolinie Złomisk mamy kilka pięter. Tu jest Złomiska Rówień. Pokonaliśmy już pierwsze piętro, gdybyśmy poszli w lewo, dostrzeglibyśmy Dolinkę Smoczą – rysuje palcami po gęstej chmurze.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Słowacja

Zobacz też