Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte |

Misja Atacama – odcinek 1

NPM 6/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
(fot. Piotr Hercog)
Jak pisałem dwa miesiące temu, głównym startem tego sezonu ma być Tenzing Hillary Everest Marathon. Wiadomo… Najpotężniejszy szczyt w tle, a na dodatek najwyżej rozgrywany pełnowymiarowy maraton na świecie. Ale jeśli chce się myśleć o bieganiu na wysokości, to trzeba się uporać z dwiema sprawami: treningiem i aklimatyzacją.  

Trenuję na bieżąco, pozostało więc jakoś zatroszczyć się o aklimatyzację przed majowym maratonem w Himalajach. Oczywiście poza nią chciałem też połączyć kilka spraw – wyjazd z przyjaciółmi w ciekawe miejsce, może wejście na jakąś górę, plus ewentualnie jeszcze zawody. O tej porze roku jeden kraj oferował to wszystko – Chile. A że kilka lat temu dwójka z mojej ekipy spędziła w Chile dłuższy czas i nawet udało im się wjechać samochodem na wysokość 5930 metrów n.p.m., tym samym przekraczając o ponad 500 metrów wysokość, na jakiej przyjdzie mi startować pod Everestem, to miałem pewność co do słuszności celu i przy okazji rozpoznane przedpole przyszłych działań.
Nasz wyjazd jeszcze się nie zaczął, a już pojawiły się problemy – berlińskie lotnisko Tegel postanowiło zastrajkować, co mogło znacząco wpłynąć na przebieg i finalny koszt naszej eskapady. Na szczęście facebookowy serwis linii lotniczych obsłużył nas sprawnie i mogliśmy wyruszyć w świat z Okęcia, by po przesiadkach w Paryżu i Santiago de Chile wylądować na Aeropuerto Desierto de Atacama, czyli lotnisku niedaleko Copiapó, gdzie wypożyczyliśmy pickupa 4x4 i pognaliśmy na północ.
Plan na początek wyjazdu zakładał pobieganie w nadmorskim Parku Narodowym Pan de Azúcar. I prawie nam się udało do niego dojechać, ale postanowiliśmy sprawdzić, czy wszystko w naszym samochodzie działa. Zjechaliśmy z drogi na plażę i utknęliśmy zakopani. Tylko nie myślcie, że dobrze nam tak, bo jesteśmy barbarzyńcami, którzy chcieli rozjeżdżać terenówką dziką plażę – co to, to nie. Otóż jazda po plaży samochodem z bezpośrednim widokiem na ocean w okolicy, w której na jednego mieszkańca przypada kilka kilometrów bieżących plaży, to – sądząc po ilości kolein w piachu – jedna z niewielu rozrywek.
Tymczasem rozrywki rozrywkami, a nam kilka prób wyjechania z piachu pokazało, że reduktor skrzyni biegów, który niedługo miał być nam bardzo przydatny, jest uszkodzony, a my mamy problem. Bo auto w piachu. Zasięgu w telefonie brak. Na domiar złego jeszcze fale oceanu obmywające piasek jakieś 20 metrów od nas zaczęły jakby głośniej szumieć… Przypływ… Czy przypływ wyobraźni…? Z treningu w parku narodowym zrobił się bieg po pomoc i zasięg w telefonie. Zasięg znaleźliśmy po sześciu kilometrach, kawaleria, a właściwie laweta z samochodem na podmianę została wezwana, a przy okazji zwiedziliśmy przydrożną kapliczkę poświęconą św. Lorenzo z Tarapaki, który naszym zdaniem jest patronem wszystkich ludzi w tarapatach.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też