Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Mięguszowiecki Szczyt Wielki

Mięgusz od południa

NPM 9/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
(fot. Michał Parwa)
Ściana Zadniej Baszty robi piorunujące wrażenie. Zwykły śmiertelnik nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić, którędy można wspiąć się na wierzchołek. Prawie 30 lat temu, zimą i przy minus 28 stopniach, wspinali się tędy polscy taternicy. Wśród nich był tragicznie zmarły pod Broad Peakiem Maciej Berbeka. Na sam widok ściany i wspomnienie tamtych dni człowiek dostaje gęsiej skórki. 

Wybór szczytu na tegoroczną tatrzańską wyprawę poza szlakami w naszej poznańsko-krakowskiej ekipie trwał w tym roku bardzo krótko.
– Mięguszowiecki Szczyt Wielki, ale od Słowacji. Od Wielkiego Hińczowego Stawu idziemy w zupełnej dziczy – proponuje Michał z Krakowa.
Nikt nie protestuje, włącznie z Pauliną, przesympatyczną wrocławianką, która w tym roku dołącza do naszej ekipy. Ona jako jedyna nie wie, jaka jest atmosfera, gdy poznaniacy spotykają się z krakusami – i bynajmniej nie chodzi o symboliczne przeciąganie złotówki, w którego wyniku powstał drut. Taki poznańsko-krakowski zlot jest bowiem przeżyciem jedynym w swoim rodzaju, którego trzeba doświadczyć (Paulina na koniec wyjazdu żadnych skarg nie składała, więc nie było chyba tak źle). Cała nasza ekipa jest zatem zadowolona, że nie musi prowadzić jałowej wieczornej dyskusji o wyższości Wysokiej nad Łomnicą albo Ganku nad Szatanem. Mięgusz brzmi dobrze – tym bardziej, że chcemy iść od południowej strony. Plan od razu podchwytuje nasz pierwszy przewodnik, Edward Lichota.
– Od stawu pójdziemy w górę do Wielkiej Mięguszowieckiej Ławki, skąd dojdziemy do Mięguszowieckiego Balkonu. Dalej przez tzw. lustro tektoniczne systemem półek wyjdziemy na grań i prosto na wierzchołek – tłumaczy Edi.
Jeszcze nie wiemy, co nas czeka. Nie mamy pojęcia, co to w ogóle jest jakieś lustro tektoniczne. Pewne jest tylko, że nie o szkło, w którym dziewczyny przeglądają się całymi godzinami, chodzi. Wiemy jednak, że będzie super. W końcu każda z naszych dotychczasowych pozaszlakowych wędrówek była pełna emocji, czy to Gerlach, czy Lodowy, Kieżmarski albo Staroleśny, wszędzie było po prostu pięknie.
Ale żeby nie było tak cudownie, Ergaj – czyli Rysiek Gajewski, drugi z naszych przewodników – nie byłby sobą, gdyby nie wcielił się w rolę cichego malkontenta. – A nie możemy iść od polskiej strony? Tak pięknie jest nad Morskim Okiem o poranku – próbuje nas namówić na zmianę planów. Ale smerfowi Marudzie się nie dajemy i debatę ucinamy w zarodku. Nie mamy najmniejszej ochoty na 10 kilometrów asfaltu do Morskiego Oka.

Herbata dobra na wszystko
Lipcowa niedziela po słowackiej stronie Tatr. Na rozgrzewkę przed Mięguszem robimy sobie lekki spacer przez Tatry Bielskie. Zaczynamy w Tatrzańskiej Kotlinie (słow. Tatranská Kotlina). Idziemy do stojącego nieco na uboczu tatrzańskiego schroniska Szarotka (Chata Plesnivec), słynącego z aromatycznej herbaty ziołowej, która szczególnie smakuje z miodem. Andrzej, krakus, znany w naszej ekipie miłośnik napojów bezalkoholowych, reklamuje nam ten nektar, jakby sam Kubuś Puchatek miał go serwować. Żeńska część naszej ekipy jest wniebowzięta, ja jednak wybieram kawę z termosu.
Dalej idziemy do Doliny Białych Stawów (słow. dolina Bielych plies) i Zielonego Stawu Kieżmarskiego (Zelené pleso). Po cichu marzymy o szybkim wejściu na Jagnięcy Szczyt (Jahňací štít, 2230 m n.p.m.), ale w myśl zasady „przeciera się…, będzie lać” niebo zasłaniają ciemne chmury i zaczyna się ulewa. Wejście do schroniska nad stawem jest niemożliwe. Nawet małe schronienie pod daszkiem przed wejściem do środka jest zapełnione ludźmi. Szczęśliwie wchodzimy do znajdującego się z boku baru i wciskamy się obok tłumu przemoczonych turystów.
Już wiemy, że z Jagnięcego raczej nic nie wyjdzie, ale jeszcze się łudzimy, że przebijające się przez chmury słoneczko pomoże. Ten plan jednak zarzucamy, gdy dzwoniący Edi pozbywa nas złudzeń.
– Zbiórka o 4.30 rano na parkingu pod Popradzkim Stawem – informuje krótko i po żołniersku.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”