Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Wysokie Kończysta

Między zimą a Kowadłem

NPM 5/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Krzysztof Story
(fot. Artur Wrona)
Kończysty oznacza szpiczasty. Kończysta to szczyt słowackiej części Tatr Wysokich. Nie zaprowadzi nas tam żaden szlak. Mimo to warto się tam wybrać, choćby z przewodnikiem: po odrobinę wspinania, po piękne widoki, a nawet po głowę węgierskiego konia.

Jest w Tatrach taka pora roku, zawieszona między zimą a wiosną. No bo jak to inaczej nazwać? Niby jeszcze leży śnieg, ale już wystają spod niego szare skały. Niby jeszcze wszędzie biało, ale już przebija zieleń kosówki. Wszystko zaczyna topnieć, niedługo tylko w najbardziej zacienionych żlebach zostaną przybrudzone śnieżne łaty. Słowa takie, jak „lawina”, „detektor” i „puch” powoli znikają z okołogórskich rozmów.
Tatrzańskie przedwiośnie nie ma rozkładu jazdy. Przychodzi raz wcześniej, raz później. Po czym je poznać? Oczywiście po dyskusjach w internecie. Na wszystkich grupach, forach dominuje wtedy pytanie: A czy już można?. Czy odstawić raki pod łóżko? Czy schować czekan na dno szafy? Czy to już?
Najczęściej nie już. Bo na sam koniec zimy góry potrafią pokazać pazur.
42 godziny
Godzina 6.32, właśnie wstało słońce. Na parkingu w Wyżnich Hagach (słow. Vyšné Hágy) robi się coraz jaśniej. To dobrze, łatwiej włożyć buty, wyregulować kijki, przygotować się do marszu. Auto zostawiamy na parkingu pod sanatorium, w którym od 77 lat leczy się choroby płuc. My na szczęście idziemy w drugą stronę. Jest 19 marca, do wiosny zostały 42 godziny.
Mijamy opustoszałą o tej porze stację kolejową i zaczynamy wędrówkę. Pierwszy etap jest łatwy, do góry prowadzą nas znaki żółtego szlaku i wyraźna droga przez las. Na tej wysokości nie ma jeszcze śniegu, a chłód poranka zachęca do szybszego marszu. Artur trenuje koszykówkę, więc po górach biega prawie tak szybko jak po parkiecie. Tuż za nim idzie Piotrek, nasz znajomy przewodnik tatrzański, dzięki któremu nasze wejście na Kończystą poza szlakiem jest w ogóle możliwe. Ja i Kasia trenujemy wspinaczkę – w tym wyścigu jesteśmy na przegranej pozycji. Akceptujemy to bez problemu. Idziemy z tyłu i rozmawiamy o historii polskiego – i nie tylko – himalaizmu. Zwykle rano na szlaku o tym właśnie rozmawiamy. Sam nie wiem dlaczego, ale to taka mała tradycja. Zazwyczaj padają duże nazwiska i nazwy wielkich szczytów. Niepokojąco często pojawia się też wątek miłości Jerzego Kukuczki do golonki w konserwie...
– Widziałeś ostatnio szlak? – to musiało się tak skończyć.
Zagadaliśmy się i zgubiliśmy żółte znaki. W międzyczasie wyszliśmy z lasu, a dookoła zrobiło się biało. Spod płytkiej warstwy śniegu wyrastają kosodrzewiny, ale nie widać między nimi żadnego oczywistego przejścia. Wracamy po własnych śladach, tym razem skoncentrowani na drodze.
Magistrala
Po 30 minutach odnajdujemy tajemne przejście w kosówce. Ciężko zresztą nazwać je tajemnym, wystarczyło uważać. Żółtym szlakiem dalej podążamy w górę Doliny Stwolskiej (Štôlska dolina). Kiedyś to miejsce ze względu na brak stałej rzeki nazywano Doliną Suchej Wody lub po prostu Suchą Doliną. Dziś „suchych” dolin jest w Tatrach kilka, ale ta zmieniła nazwę. Dzisiejsza pochodzi od słowackiej wsi Stwoła.
My póki co nie zajmujemy się nazewnictwem, a wspinaczką. Po trzech godzinach marszu docieramy do spotkania z czerwonym szlakiem, czyli słynną Tatrzańską Magistralą. Wyznaczona w latach 30. ścieżka jest najdłuższym szlakiem w całym paśmie. Na przejście całości trzeba poświęcić co najmniej trzy dni, bo do pokonania jest ponad 70 kilometrów. My na szczęście (albo niestety) za czerwonymi znakami pójdziemy znacznie krócej.
Dwa szlaki łączą się tuż obok Batyżowieckiego Stawu (Batizovské pleso). Dla nas to idealne miejsce na krótki odpoczynek, zwłaszcza, że doskonale widać stąd dalszą drogę. Tuż nad nami wznosi się południowy stok Kończystej.
Po drugim śniadaniu i kilku głębszych oddechach ruszamy dalej. Magistrala trawersuje Kończystą od południa. Kilkanaście minut idziemy szeroką ścieżką. Po lewej stronie widzimy całą Dolinę Stwolską. Dzień jest chłodny, ale słoneczny, do tego powietrze niesamowicie przejrzyste. Już nie możemy się doczekać panoramy ze szczytu. W końcu Artur odwraca się i mówi:
– Do góry!
Monotonna i nużąca
Kończysta (Končistá, 2538 m n.p.m.), jako jeden z 14 szczytów, należy do Wielkiej Korony Tatr (WKT). Sama liczba od razu przywodzi na myśl Koronę Himalajów i Karakorum i absolutnie nie jest to skojarzenie przypadkowe. Okazuje się bowiem, że Tatry również mają swoje 14 ośmiotysięczników. Wystarczy odrobinę nagiąć zasady i zamiast metrów do pomiaru wysokości użyć jednostek imperialnych. 8000 stóp to dokładnie 2438.4 metra. W WKT znajdują się wszystkie tatrzańskie ośmiotysięczniki o wybitności większej niż 100 metrów. Kończysta w tym zestawieniu ląduje na 7. miejscu.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też