Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Bieszczady / Wysoki Dział

Między wschodem a zachodem

NPM 8/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Mało kto przystaje tu na dłużej. Ludzie lekceważą historię, zamiast przyłożyć ucho do ścian cerkwi. Bagatelizują bogactwo szlaków, zapominając o Wysokim Dziale. A na koniec ignorują skarby przyrody, które na granicy dwóch pasm widać szczególnie. Najwyższy czas zmienić te proporcję. Najlepiej w miejscu, gdzie wschód spotyka się z zachodem.  

Komańcza. Wieś na Podkarpaciu, siedziba gminy, 100 kilometrów na południe od Rzeszowa. Z pozoru nic szczególnego – cerkiew, tory kolejowe, szarmanccy panowie opróżniający szkło pod delikatesami i skrzyżowanie dróg wojewódzkich. I na nim właśnie trzeba wybrać kierunek: Cisna, Sanok albo Dukla. Czasami ktoś skręci na Radoszyce i dalej Słowację, żeby w Medzilaborcach odwiedzić Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andy'ego Warhola. Ale w Komańczy zatrzymuje się niewielu. Paru letników uciekających przed zgiełkiem miasta, jakiś plecakowicz wędrujący Głównym Szlakiem Beskidzkim i raz do roku ponad tysiąc śmiałków startujących nocą w Biegu Rzeźnika. Aż tyle i tylko tyle. Bo w Komańczy powinno się zajrzeć pod dywan, zetrzeć kurz palcem i wziąć głębokich oddech historii. Poszukać śladów tatarskiego plemienia Kumanczy, zobaczyć klasztor sióstr Nazaretanek, czyli miejsce internowania kardynała Stefana Wyszyńskiego. Albo poznać dzieje Republiki Komańczańskiej – mikropaństwa łemkowskiego, istniejącego na przełomie 1918 i 1919 roku.
Najlepiej jednak zacząć od miejscowych szlaków, bowiem tu przenikają się dwa pasma: Beskid Niski i Bieszczady. Tu znajduje się umowna granica Karpat Wschodnich, ciągnących się od rumuńskiej przełęczy Predeal, i Karpat Zachodnich, kończących się na Bramie Morawskiej. Świadczą o tym nowiutkie tablice, postawione przy moście na Osławie w Prełukach. Ale po kolei, bo zanim ją przekroczymy i zaliczymy najbliższe szczyty, trzeba się z tej Komańczy wydostać.
Dziedzictwo zaklęte w drewnie
Déjà vu to mało powiedziane. Bardziej pasuje mi „Matrix”, chociaż nie jestem w stanie wyobrazić sobie Keanu Reevesa jeżdżącego PKS-em do Sanoka. Tak czy inaczej, w zeszłym roku staliśmy z Piterem na tym samym przystanku, z takim samym zamiarem dotarcia do Rzepedzi. I jak się okazuje, w temacie rozkładu jazdy nic się zmieniło – jeśli przeoczy się poranny autobus, można tu zostać z wyciągniętym kciukiem i nadzieją, że nie uschnie. Różnica jest w zasadzie jedna. Zeszłej jesieni ruszyliśmy z Rzepedzi na zachód, na podbój zapomnianych tras Beskidu Niskiego, a dziś chcemy powędrować na wschód i przez Turzańsk wejść w Bieszczady.
Zaczynamy bez szlaku, bo w tych stronach nie da się pogubić. Zgodnie z drogowskazem, za zakładem drzewnym skręcamy w jedyną drogę, przechodzimy przez most i już jesteśmy pod cerkwią pw. św. Michała Archanioła. I w tym przypadku postój na zwiedzanie jest wręcz przymusowy, bowiem świątynia (łemkowska typu wschodniego) znajduje się na szlaku architektury drewnianej województwa podkarpackiego, a w 2013 roku wpisano ją na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ekspertem od architektury nie jestem, lecz z punktu widzenia absolutnego laika powiem tak: istna perełka. Data jej budowy to lata 1801–1803. Wnętrze zdobi ikonostas z końca XIX wieku oraz polichromia. Z zewnątrz łatwo dostrzec klasyczną trójdzielność z trzema wieżami, zwieńczonymi hełmami nad babińcem, nawą i prezbiterium. A zespół cerkiewny dopełnia wolnostojąca drewniana dzwonnica z 1817 roku.
Akurat trafiamy na wycieczkę z przewodnikiem, dzięki czemu możemy te cuda obejrzeć z bliska. Fotka do albumu, 20 minut wykładu i turystyczny wąż wpełza z powrotem do autokaru, by podjechać pod kolejny zabytek. A my zostajemy sami na rozpalonym asfalcie, jak te rozjechane zaskrońce. Przed nami cztery kilometry w pełnym słońcu i droga, która prędzej czy później zniknie na Przełęczy pod Suliłą (609 m n.p.m.). Czyli w dużym skrócie – nużący pochód przez Turzańsk.
Jego historia, zgodnie z naszymi przewidywaniami w tych okolicach, rozpoczyna się od lokowania na prawie wołoskim w XVI wieku i hamuje dopiero na wysiedleniach w ramach akcji „Wisła”. Po niej wprowadzili się tu Polacy oraz kilka powracających rodzin łemkowskich. I po tym, co widać wzdłuż szosy, czas chyba płynie tu wolniej. Osobliwą ciekawostką są stare chyże (zagrody łemkowskie) z przytwierdzonymi antenami satelitarnymi. To nic, że są problemy z zasięgiem w telefonach komórkowych. Ważne, że w bieszczadzkiej dolinie można sobie podglądnąć Al Jazeerę albo Ligę Mistrzów.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też