Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Serbia

Midžor po­ko­nał Tri­gla­va

NPM 6/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Woj­ciech Fla­dziń­ski­
()
Ju­go­sła­wia, no­wa Ju­go­sła­wia, Ser­bia i Czar­no­gó­ra, Ser­bia − tak w na­stęp­stwie burz­li­wych wy­da­rzeń ostat­niej de­ka­dy ubie­głe­go wie­ku i po­li­tycz­nych za­wi­ro­wań pierw­szych lat no­we­go ty­siąc­le­cia zmie­nia­ła się na­zwa „pań­stwa ze sto­li­cą w Bel­gra­dzie”. Za­zwy­czaj zmia­nie na­zwy to­wa­rzy­szy­ła zmia­na gra­nic i naj­wyż­sze­go szczy­tu kra­ju.  

W cza­sach sta­rej Ju­go­sła­wii był to Tri­glav (2863 m n.p.m.) w sło­weń­skich Al­pach Ju­lij­skich. Wraz z se­ce­sją kil­ku re­pu­blik (włącz­nie ze Sło­we­nią) i po­wsta­niem w 1992 ro­ku no­wej Ju­go­sła­wii (okro­jo­nej do Ser­bii i Czar­no­gó­ry) pal­mę pierw­szeń­stwa prze­ję­ła Dje­ra­vi­ca (2656 m n.p.m.) po­ło­żo­na w gó­rach Pro­kle­ti­je w Ko­so­wie. Kie­dy po in­ter­wen­cji wojsk NA­TO w 1999 ro­ku ten serb­ski okręg au­to­no­micz­ny stał się de fac­to nie­za­leż­ny od Bel­gra­du (dziś to już nie­pod­le­głe pań­stwo), za naj­wyż­szy szczyt w no­wej Ju­go­sła­wii za­czę­to uzna­wać le­żą­cy w czar­no­gór­skim Dur­mi­to­rze Bo­bo­tov Kuk (2523 m n.p.m.).
Tym­cza­sem w 2003 ro­ku Ju­go­sła­wię prze­mia­no­wa­no na Ser­bię i Czar­no­gó­rę, co ure­al­ni­ło fak­tycz­ny skład fe­de­ra­cji. Trzy la­ta póź­niej Czar­no­gó­ra na mo­cy re­fe­ren­dum ogło­si­ła nie­pod­le­głość. Wte­dy też ko­lej­ny raz zmie­ni­ła się na­zwa „pań­stwa ze sto­li­cą w Bel­gra­dzie” (obec­nie jest to Ser­bia) i naj­wyż­sze­go szczy­tu. Nie­spo­dzie­wa­nie zo­stał nim Midžor (2169 m n.p.m.) w ma­sy­wie Sta­ra Pla­ni­na na gra­ni­cy serb­sko­‑buł­gar­skiej.
Zdo­byw­szy kie­dyś Tri­glav i Bo­bo­tov Kuk, po­sta­no­wi­łem za­tem wejść rów­nież na Midžor. Ra­czej gwo­li for­mal­no­ści, bo prze­cież − przy ca­łej sym­pa­tii do Sta­rej Pla­ni­ny − trud­no ją po­rów­ny­wać pod wzglę­dem wy­so­ko­ści i kra­jo­bra­zów do Alp Ju­lij­skich czy Dur­mi­to­ru. Tak my­śla­łem przed wy­jaz­dem. Po przy­by­ciu na miej­sce szyb­ko prze­pro­si­łem Midžor za te nie­wy­gó­ro­wa­nie ocze­ki­wa­nia i nut­kę lek­ce­wa­że­nia. Ale po ko­lei.
 
Dwa dni na po­dróż
Przy po­mo­cy mo­ich nie­oce­nio­nych „re­se­ar­che­rek” – Mi­li­cy i Sve­tla­ny, Ser­bek z Bel­gra­du – usta­lam waż­ne in­for­ma­cje, któ­re naj­le­piej zdo­być przez zwy­kły, po­czci­wy te­le­fon. Do ostat­niej wsi u pod­nó­ża Midžora, do któ­rej moż­na do­je­chać trans­por­tem pu­blicz­nym z naj­bliż­szej więk­szej miej­sco­wo­ści, czy­li Knjaževa­ca, lo­kal­ny au­to­bus kur­su­je dwa ra­zy w ty­go­dniu. W piąt­ki i po­nie­dział­ki. Po­sta­na­wiam więc zor­ga­ni­zo­wać wy­pad tak, by do Knjaževa­ca do­trzeć w pią­tek, a wró­cić w po­nie­dzia­łek. Jesz­cze w Pol­sce, kie­dy mam już bi­let lot­ni­czy do Bu­da­pesz­tu bez moż­li­wo­ści zmia­ny ter­mi­nu wy­lo­tu, do­wia­du­ję się, że w Sta­rej Pla­ni­nie sza­le­ją po­ża­ry. Po­nie­waż ce­lem mo­jej po­dró­ży do Ser­bii jest nie tyl­ko Midžor, pod­cho­dzę do tych in­for­ma­cji ze spo­ko­jem (o ile w ogó­le moż­na mó­wić o ta­kim sta­nie du­cha wo­bec gro­zy sy­tu­acji). Tak czy ina­czej za­kła­dam, że za­sły­sza­ne in­for­ma­cje uści­ślę na miej­scu i w ra­zie cze­go zmie­nię pla­ny. Już w Ser­bii oka­zu­je się, że oko­li­ce, w któ­re się wy­bie­ram, nie pło­ną. Ży­wioł pu­sto­szy re­jon Pi­ro­tu i te­re­ny po dru­giej stro­nie gra­ni­cy.
Z Bel­gra­du wy­ru­szam w pią­tek o ósmej ra­no. Trans­port pu­blicz­ny w Ser­bii opie­ra się głów­nie na ko­mu­ni­ka­cji au­to­bu­so­wej. Au­to­bu­sy kur­su­ją do­syć czę­sto, są wy­god­ne (przy­naj­mniej te w ko­mu­ni­ka­cji da­le­ko­bież­nej), a z gło­śni­ków do­by­wa­ją się dźwię­ki bar­dzo po­pu­lar­nej w tym kra­ju mu­zy­ki folk, w mniej lub bar­dziej uda­nych wy­ko­na­niach i mu­ta­cjach. Mnie aku­rat to od­po­wia­da, bo do­pie­ro wte­dy w peł­ni ła­pię miej­sco­we kli­ma­ty. Po pię­cio­go­dzin­nej po­dró­ży do­cie­ram do od­da­lo­ne­go o bez ma­ła 300 ki­lo­me­trów Knjaževa­ca. Nie wiem, ja­ka tem­pe­ra­tu­ra pa­nu­je w tym ład­nym skąd­inąd mia­stecz­ku, ale jest tak go­rą­co, że go­dzi­nę ocze­ki­wa­nia na au­to­bus do wio­ski Crni Vrh (ok. 900 m n.p.m.) spę­dzam w dwor­co­wym cie­niu. Ku­pu­jąc bi­let, py­tam ka­sjer­kę o kurs po­wrot­ny.
– Gdzieś ko­ło pią­tej – pa­da od­po­wiedź, ale pa­ni ra­dzi do­py­tać się u kie­row­cy.
Wy­słu­żo­ny au­to­bus chrum­ka i rzę­zi, ale ja­koś się to­czy. 50-ki­lo­me­tro­wą tra­sę, pra­wie ca­ły czas pod gó­rę, po­ko­nu­je­my w dwie go­dzi­ny. Po­ra wy­sia­dać. Kie­row­ca in­for­mu­je, że au­to­bus po­wrot­ny do Knjaževa­ca mam w po­nie­dzia­łek za dzie­sięć pią­ta ra­no. To ozna­cza, że ze schro­ni­ska „Ba­bin Zub” (1578 m n.p.m.), do któ­re­go za chwi­lę wy­ru­szam, bę­dę mu­siał wyjść o ja­kiejś bar­ba­rzyń­skiej po­rze.
– Hva­la, do vi­djen­ja – mó­wię zwy­cza­jo­wo i ru­szam w dro­gę.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Serbia

Zobacz też