Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Włochy / Apeniny

Mężczyznami żądzą kobiety

NPM 12/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Ewelina Różańska
(fot. Ewelina Różańska)
Rzym to wspaniałe zabytki i niezwykła historia, wąskie uliczki i romantyczne placyki, wreszcie zapach pizzy wymieszany z aromatem kawy – istne dolce vita. Jednak mało kto wie, że wystarczą dwie godziny jazdy, by ze starożytnego Forum Romanum przenieść się w świat gór, wznoszących się ponad 2000 metrów n.p.m.

Mimo tak nieprzyzwoicie małej odległości od prawie trzymilionowego miasta, góry Monti Simbruini wcale nie są oblegane przez tłumy turystów. Na szlakach jest wręcz pusto. Jedynie w sezonie narciarskim kilka ośrodków budzi się z letargu i spokojne górskie miejscowości zapełniają się żądnymi białego szaleństwa urlopowiczami. Podczas pięciomiesięcznego pobytu w Wiecznym Mieście na wymianie studenckiej Erasmus kilka razy mogłam się przekonać, jak to jest mieć góry niemal wyłącznie dla siebie.
Moje pierwsze spotkanie z Monti Simbruini miało charakter rekonesansu. Dzięki jednodniowej podróży dookoła pasma nauczyłam się, że komunikacja autobusowa między miejscowościami położonymi w dwóch regionach – Lazio i Abruzzo – przysparza niemałych problemów, ponieważ lokalni przewoźnicy nie wykraczają poza granice swoich terytoriów. Jeśli się nie ma własnego auta, autostop wydaje się jedynym pewnym środkiem dotarcia do celu, czyli miejscowości, w których zaczynają się szlaki i gdzie można dostać wodę. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę, że wapienne Apeniny są górami wyjątkowo suchymi, a woda bardzo rzadko wypływa tam na powierzchnię ziemi.

Brava ragazza, czyli dzielna dziewczyna
Po wstępnym rekonesansie zdecydowałam się w końcu poznać te wyjątkowe góry lepiej. W pełnym rynsztunku stawiłam się na stacji Anagnina na przedmieściach Rzymu, skąd zaledwie kilka razy dziennie odjeżdżają autobusy do górskich miejscowości o sympatycznie brzmiących nazwach – Filettino, Subiaco czy Trevi nel Lazio. Z wypchanym plecakiem, trzema butelkami wody i przytroczonym namiotem wyróżniałam się nieco wśród reszty pasażerów, wracających do swoich miasteczek z rzymskich urzędów, przychodni, sklepów i nocnych zmian w pracy.
Za cel wędrówki obrałam sobie zdobycie najwyższego szczytu pasma Monti Cántari, wchodzącego w skład Parco Regionalne dei Monti Simbruini. Jest nim położone na granicy Lacjum i Abruzji – Monte Viglio (2156 m n.p.m.), będące najbardziej wybitnym wierzchołkiem pierwszego z tych regionów. Dojazd do miejsca, z którego planowałam wyruszyć na szlak, pochłonął większość dnia. Ale warto było, bo Vallepietra to magiczne miejsce ukryte w sercu gór. Znane jest z sanktuarium św. Trójcy (Santuario della Santissima Trinitá), przycupniętego pod wielką skałą, gdzie bardzo lubił przebywać Jan Paweł II. Niestety, żaden autobus tam nie dojeżdża. A że nie była to niedziela, nikt specjalnie się tam nie wybierał.
Na szczęście we Włoszech mało kto odmawia podwózki samotnie podróżującej dziewczynie. Pewnie się w tym momencie zastanawiacie, czy to bezpieczne? Zdecydowanie tak. Przejechałam w ten sposób kilka tysięcy kilometrów po Italii i nie spotkała mnie żadna nieprzyjemna sytuacja. Choć nie ulega wątpliwości, że lepiej znać język włoski, ponieważ niewielu mieszkańców powyżej 40. roku życia porozumiewa się po angielsku.
Tak więc i u stóp Apeninów wyjście jest tylko jedno: cierpliwe czekanie na autostop. Największą przysługę wyświadczają mi robotnicy pracujący w owym sanktuarium, którzy przed jazdą wijącą się serpentynami górską drogą muszą się solidnie wzmocnić… domowym winem w barze.
– Jedziesz z nimi na górę? – zagaduje mnie przystojny barman. – Wiesz, że Włosi są sprytni?
– Wiem, ale dobrze im patrzy z oczu – odpowiadam. – Od razu rozpoznaję, komu mogę zaufać, a komu nie.
– I sama chcesz iść w te góry? Przecież nikt tam nie chodzi! – nie może wyjść z podziwu. – Sei una brava ragazza (Jesteś dzielną dziewczyną). Buona fortuna i wino na koszt firmy dla ciebie!
– Grazie mille! – odpowiadam mu z uśmiechem.
Dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności i nieocenionej pomocy kierowców dojeżdżam w końcu do sanktuarium. Ku mojemu zaskoczeniu nie ma w nim żywej duszy.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też