Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Katarzyna Zioło

Messner ma swój zamek, a Kukuczka izbę

NPM 7/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
()
Katarzyna Zioło z Fundacji Wielki Człowiek

Wielki Człowiek w nazwie Fundacji to oczywiście...
... Jerzy Kukuczka.

Czym się więc konkretnie zajmujecie?
Pierwszym filarem jest działalność kulturalna, a przede wszystkim wspieranie młodych twórców. Drugim – popularyzacja dokonań Jerzego Kukuczki. Te dwa obszary przenikają się, bo pomagamy debiutującym artystom w zdobywaniu ich własnych Everestów. Przyświeca nam hasło, że nawet najmniejszy może być wielki.

A jak popularyzujecie postać Jerzego Kukuczki?
Naszym największym sukcesem jest stworzenie Wirtualnego Muzeum Jerzego Kukuczki. To platforma internetowa prezentująca jego historię i dokonania. Tworzymy ten projekt od czterech lat. Muzeum powstało na bazie fragmentów autobiografii „Mój pionowy świat”. Można w nim zobaczyć zdigitalizowane przez nas archiwalia: zdjęcia, filmy, materiały audio, ale też sfotografowane muzealia, czyli na przykład sprzęt i stroje z epoki, dokumenty wyprawowe, dzienniki, listy, mapy, odznaczenia czy nagrody. Obecnie w Wirtualnym Muzeum mamy już prawie 20 tysięcy eksponatów. Są tam też trójwymiarowe makiety, stworzone za pomocą Google Earth, dokładnie odwzorowujące drogi, które wyznaczał Kukuczka na każdy z czternastu ośmiotysięczników. To doskonale pomaga wyobrazić sobie ogrom wyzwań, którym musiał sprostać. Sukcesywnie udostępniamy też obszerne relacje z tych wypraw. W ubiegłym roku opublikowaliśmy rozdział poświęcony Dhaulagiri.

Czyli siódmy?
Tak, jesteśmy na półmetku opracowywania tych materiałów. W tym roku, na 30. rocznicę śmierci Jerzego, planujemy udostępnić dwa kolejne rozdziały – Czo Oju oraz Nanga Parbat. Naszym następnym dokonaniem są kolejne edycje książek. Jako pierwsi wydaliśmy „Mój pionowy świat” w postaci albumu, ze zdjęciami wybranymi przez Wojtka (syna Jerzego – red.). Wznowiliśmy też publikację „Na szczytach świata”. Dzięki nam, również po raz pierwszy, ukazał się drukiem dziennik z wyprawy Kukuczki na Sziszpangmę „Ostatnia w Koronie”. Premiera tej książki odbyła się w katowickim Kinoteatrze Rialto oraz w Bibliotece Śląskiej, w 30. rocznicę zdobycia Korony Himalajów i Karakorum przez Jerzego. To pierwsze nasze dziecko, bo jest to książka, którą stworzyliśmy od początku do końca. Narratorem pozostaje oczywiście Kukuczka, bo to jego dziennik, lecz poszczególne klocki, jak notatki i fotografie, poskładała nasza fundacja. Byłam redaktorem naczelnym tej książki. Osobiście przepisywałam dziennik Kukuczki, co okazało się nie lada wyzwaniem.
Wężyki Jerzego

Miał nieczytelny charakter pisma?
Straszny... (śmiech). Na szczęście Wojtek pisze podobnie, więc byłam już do tego przyzwyczajona. Zresztą po jakimś czasie oswoiłam się nawet z wężykami Kukuczki... (śmiech). Ale pomijając charakter pisma, prowadzenie dziennika na wysokości 8000 metrów n. p. m. jest trudne nawet dla mistrza kaligrafii. Kłopot sprawiało mi też zrozumienie wielu zwrotów specyficznego żargonu, którym posługują się himalaiści. Bardzo pomogła mi w tym Celina Kukuczka (wdowa po Jerzym – red.) oraz Krzysztof Warecki (uczestnik wielu jego wypraw – red.).

Kukuczka nosił ze sobą ten dziennik, czy prowadził notatki w bazie?
Nosił. Miał go ze sobą nawet w najwyższym obozie, co mnie niezwykle zaskoczyło, bo na tej wysokości liczy się każdy gram, a notes bynajmniej do lekkich nie należał. Część notatek umieszczał w klasycznym, rocznym kalendarzu. Mało tego! Prowadził dwa dzienniki i obydwa nosił ze sobą.

Dlaczego? Czy jeden był bardziej prywatny, a drugi oficjalny?
Nie, obydwa mają podobny charakter.

A jaki charakter mają notatki?
Kukuczka słynął z małomówności, co dziennik znakomicie potwierdza, bo zapiski są lapidarne i krótkie. Niewiele w nich osobistych przemyśleń, odczuć i przeżyć. Większość stanowią aspekty techniczne. Niekiedy jednak Kukuczka wprowadza do notatek dialogi, co też mnie zaskoczyło, bo to zmienia charakter narracji. Wniosek stąd może być taki, że Jerzy myślał o publikacji swoich dzienników. Nie ułatwiał nam jednak pracy, bo na Sziszapangmę też zabrał dwa notesy. Wyobraź sobie, że mając już gotową makietę książki, przygotowaną dla jednego z dzienników, znajdujemy w archiwum zeszycik, który wcześniej przeoczyliśmy. I okazuje się, że są tam notatki z tej samej wyprawy. Musieliśmy je uwzględnić, nie było wyboru.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też