Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Zachodnie

Matt łatwo się nie daje

NPM 11/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Mariusz Cieluch, Sebastian Maintok, Tomasz Muskaa
Widok ze schronu Carrela na Dent D'Herens (4171 m n.p.m.) (fot. Mariusz Cieluch, Sebastian Maintok, Tomasz Muskała)
Wstajemy o szóstej, może trochę za późno. Widnieje, ale jest ciepło. Spojrzenie na górę. Chmury otulają ją szczelnie. Poprzedniego dnia widzieliśmy Matterhorn cały pokryty śniegiem. Niedobrze. Dzisiaj finał półtorarocznych przygotowań. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem?  

Przed atakiem szczytowym w głowach pełno myśli. Spojrzenie nakolegów: Seba, Tomasz, Paweł i ja, czterech facetów ze Śląska, których przygnało w Alpy marzenie wielkiej przygody. Wszystkim towarzyszy niepokój. Pakujemy szturmowe plecaki. Dużo tego: jedzenie liofilizowane, palniki, szpej, śpiwory, płachty biwakowe. Za dużo. Stanowczo.
Kilka dni wcześniej aklimatyzacja na Breithornie (4164 m n.p.m.), który jest wstępem do właściwego ataku na Matterhorn. Najbliższy, najłatwiejszy szczyt. Wszyscy na nim szykują formę. I wszyscy, wchodząc na niego, używają kremów z filtrem powyżej pięćdziesiątki. Tylko nie my. A słońce jest na nim zabójcze i teraz za to płacimy. Nasze twarze są spalone. Najgorzej wygląda twarz Seby. Sytuację ratuje Pentanol. Ale najgorsze dopiero przyjdzie. Na razie wszyscy są pełni woli walki.

Dwie żyły to nie jedna
Wyruszamy o ósmej. Według przewodnika, do Carrela jest pięć godzin, więc mamy spory zapas czasu. Zostawiamy za sobą dwa małe namioty rozbite powyżej schroniska Abruzzich (2802 m n.p.m.) i… naprzód. Początek drogi bezproblemowy. Szlak wyraźny, oczywisty. Co chwilę kopczyki kamieni wyznaczające kierunek. Przy krzyżu Carrela, w miejscu, w którym Jean-Antoine Carrel zmarł z wyczerpania w 1891 roku, robimy obowiązkowe zdjęcia. Powyżej, przed pierwszymi niewielkimi trudnościami Paweł i Seba wiążą się liną podwójną. Ja z Tomkiem jeszcze czekamy. Po przekroczeniu progu dochodzimy do pierwszych prawdziwych trudności.
Żleb ma kilkanaście metrów. Z daleka wyglądał o wiele gorzej, stromizna nie jest jednak aż tak wielka. Cieszymy się, że żleb wyraźnie się „kładzie”. Miejscami trójka. To niewiele. Ale też brniemy już w świeżym, mokrym śniegu. I skała jest mokra. Wiążę się z Tomkiem jedną żyłą liny zamiast dwiema. To wystarczy. Przy jednej żyle łatwiej operować liną. Zresztą, jak później się zorientujemy, będziemy jedynymi zespołami, które miały liny dwużyłowe wymagane we wspinaczce wysokogórskiej. W razie przecięcia jednej z żył druga zapewnia bezpieczeństwo. Przejście żlebu idzie dosyć sprawnie, ale i tak wyprzedzili nas Francuzi. Mają szybkie tempo. Widać, że znają tu każdy kamień. Idą bez asekuracji. A – jak wiadomo – asekuracja spowalnia tempo. Później się o tym przekonamy.
Przed nami rozległe śnieżne plateau, które trzeba bardzo szybko przejść prawym skrajem ze względu na schodzące lawiny. Mokry, ciężki śnieg sięga prawie kolan. Sił ubywa. Byle do skał. Co chwilę patrzymy w stronę Pic Tyndalla, przedwierzchołka Matterhornu. Cały w chmurach. Źle to wróży. Seba i Paweł likwidują jedną żyłę. Zbyt dużo nerwów kosztowało ich operowanie podwójną, a do schronu nie ma nawet połowy drogi. Idziemy po śladach Francuzów. Jest to dla nas duże ułatwienie. Jednak droga zaczyna się robić nieoczywista. Znikają kopczyki. Chmury coraz gęściej zaczynają nas okrywać, mży. Robi się nieciekawie.

Do schronu, żeby przeżyć
Idziemy wąską granią, którą dochodzimy do podstawy Testa del Leone (3715 m n.p.m.). Jest to pierwszy szczyt w masywie Matterhornu od strony włoskiej. Krucha skała, piargi. Dwa kroki do przodu, jeden w tył. Problemy z orientacją. Nic nie widać. Po chwili Seba odnajduje francuskie ślady. Skręcają ostro w prawo, za załom skalny w przepaść… Czytaliśmy o tym trawersie. Ale czytać a doświadczyć – to dwie różne sprawy. Z lewej widzimy pionowe niebotyczne ściany Testa del Leone (Głowy Lwa), z prawej tylko otchłań. Idziemy na asekuracji lotnej, nie zakładając po drodze żadnych punktów asekuracyjnych, co pozwala szybciej się poruszać. Noga za nogą w mokrym śniegu. Deszcz siąpi coraz mocniej. Seba z Pawłem prowadzą. Pomimo raków i czekana czuję się niepewnie. Co chwilę wyjeżdża mi noga, raz, dwa i… obsuwam się dwa metry w dół. Spojrzenie Tomka… uff. Poprzedzająca nas dwójka zostawia nam włożone w szczeliny kości. I to pomimo kilku stałych punktów asekuracyjnych. To dobrze, bo jest bardzo niebezpiecznie. Przez zawiesinę z chmur widzę już zarysy przełęczy Colle del Leone (3580 m n.p.m.). Nareszcie. Mamy już dość tego trawersu.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też