Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Karakorum

Marzenia o Pakistanie

NPM 10/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Aleksandra Nikiel, Łukasz Supergan
Potężna sześciotysięczna ściana nad doliną górnej Hunzy (fot. Aleksandra Nikiel, Łukasz Supergan)
Media świetnie wykonały swoją pracę: Pakistan na stałe zajął miejsce w czołówce krajów, do których wyjazdu stanowczo się odradza. Mało jest państw z tak złą prasą. Niewiele jest też takich, gdzie rzeczywistość na każdym kroku śmiało zadawałaby jej kłam. Tak jest jednak w Pakistanie. To niezwykłe miejsce pełne serdecznych ludzi oraz przepięknych gór, niezarezerwowanych tylko dla himalaistów. To tu spotykają się trzy najwyższe łańcuchy górskie świata, wśród których każdy wędrowiec znajdzie trasę dla siebie. Ten, kto tu trafi, przeżyje przygodę swego życia.

Zanim jednak tu dotrzemy, niewątpliwie trzeba zadać sobie dwa podstawowe pytania: czy to na pewno bezpieczne i jak dostać wizę? Media regularnie donoszą o zamachach w tym kraju, szczególnie intensywnych po maju 2011 roku. Dlaczego więc twierdzimy, że Pakistan jest bezpieczny? Nie cały kraj taki jest, to prawda. Ale też nie cały kraj jest otwarty dla cudzoziemców. Zamachy zdarzają się głównie tam, gdzie na wjazd nie ma szans i gdzie wymagany jest permit, którego władze pakistańskie nie wydadzą ze względów bezpieczeństwa. Dla przeciętnego turysty otwarty i bezpieczny pozostaje głównie północny wschód kraju: pasma Karakorum, Hindukuszu i Himalajów.
A wiza? Jej otrzymania nie ułatwia zaostrzona polityka imigracyjna. W Polsce starania o nią to męka. Pomóc może zaproszenie wystawione przez lokalną agencję trekkingową. Wizę można też uzyskać na granicy z Chinami, warto więc rozważyć wjazd do kraju od północy. My wizy wyrabialiśmy za granicą i nikomu tego nie polecamy.

Himalajskie polo
Na przekór ostrzeżeniom polskiego MSZ, mediom i biurokracji, udało się nam tu dotrzeć. Podróżując lądem przez Azję, marzyliśmy o zobaczeniu gór Pakistanu, zdaniem wielu najpiękniejszych na świecie. Zanim trafimy jednak w Karakorum, chcemy, pamiętając pobyt w Nepalu, odwiedzić jeszcze Himalaje.
Z Gilgit kierujemy się więc na południe. Zatłoczony mikrobus pokonuje kolejne zakręty Karakoram Highway. Droga, będąca autostradą tylko z nazwy, to pełna dziur żwirówka. Na prostych odcinkach nasz kierowca rozwija szalone 30 km/h, my zaś kurczowo trzymamy się foteli, aby nie rozbić głów o sufit. Dojeżdżamy do Raikot Bridge w dolinie Indusu, gdzie zaczyna się nasza pierwsza pakistańska przygoda – kilkudniowa wizyta w masywie Nanga Parbat.
Z początku jesteśmy optymistami. Do Tato, osady leżącej w drodze pod szczyt, jest kilkanaście kilometrów. Nawet przy znacznym podejściu powinniśmy ten dystans pokonać w trzy, cztery godziny. Jakże nierealne to szacunki... Z szerokiej doliny Indusu w stronę góry prowadzi wąska droga, zawieszona gdzieś między niebem a ziemią. Powoli pokonujemy jej zakręty, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że trasa, na którą się wybraliśmy, przerosła nasze możliwości. Jest ponad 30 stopni Celsjusza, a my wędrujemy spaloną słońcem pustynią, wokół ani odrobiny cienia. Wyczerpani rozwieszamy na poboczu tropik namiotu, by pod tą prowizoryczną osłoną przeczekać skwar. Pomaga tylko na chwilę, bo gdy zaczynamy z powrotem marsz, nie czujemy się ani odrobinę lepiej. Nogi jak z ołowiu, gardła wyschnięte. Szczyty Karakorum i Himalajów już nas nie obchodzą – jest tylko upał, pył drogi oraz kurczący się zapas wody. Szybko zdajemy sobie sprawę, że jeśli mamy dotrzeć do celu, potrzebna nam będzie pomoc.
Ten błąd mógł nas dużo kosztować. Mógł – gdyby nie jeep, który nagle pojawia się na zakręcie. Jedzie w przeciwną stronę, być może po turystów czekających na przewiezienie w głąb doliny. Pytamy kierowcy, czy nie ma czegoś do picia. W tym kraju woda ma duże znaczenie i każdy rozumie, czym grozi jej brak. Pakistańczyk bez wahania ofiarowuje nam dwa litry. Kolejny z przejeżdżających także oddaje nam część zapasów, dzięki czemu możemy spokojnie iść dalej. Spalony słońcem kanion wysysa z nas siły i dopiero wieczorem, na ostatnich nogach, docieramy do Tato. Nasz czterogodzinny spacer zamienił się w wyczerpujący, całodniowy marsz. Pierwsze wyjście w góry Pakistanu daje nam solidną nauczkę i wiemy, że udało się tylko dzięki pomocy życzliwych ludzi. Dalsza droga jest łatwa, a na szlaku znajdujemy strumienie, wspomnienie poprzedniego dnia ma w sobie jednak coś z „Dotknięcia pustki”.
Nazajutrz docieramy do Fairy Meadows, rozległego płaskowyżu u podnóży Góry. Widoki są fenomenalne – przed nami potężna północna flanka Nanga Parbat wraz z lodowcem Raikot. Na wysokości 3300 m n.p.m. powietrze jest przejrzyste i nie ma pyłu, jaki towarzyszył nam niżej. Nad okolicznymi grzbietami podziwiamy odległe szczyty Karakorum. Layla Peak, Honboro, Latok – dotychczas znane z opowieści, tu widzimy w całej okazałości. Rozbijamy namiot obok niewielkiego hoteliku. Gospodarz, dowiedziawszy się, skąd przyjechaliśmy, zaczyna wspominać swoją pracę przewodnika.
– Znałem Polaków, którzy tu byli – rzuca w naszą stronę.
– A pamięta pan nazwiska? – dopytujemy.
– Andrzej Zawada i Krzysztof Wielicki
– odpowiada niepozorny mężczyzna.
Po chwili częstuje nas też informacją, że od lat nikt nie mierzył się ze ścianą widoczną nad lasem. Dojście na szczyt z tej strony jest długie i ryzykowne, wyprawy wybierają więc inne drogi.
Fairy Meadows, „Magiczne Łąki”, jak nazwał je himalaista Hermann Buhl, to osiedle pasterskie, gdzie żyje kilkanaście rodzin. To także cel turystów z dużych miast. Tutaj, zupełnie inaczej niż w Nepalu, Pakistańczycy nie są jedynie przewodnikami czy tragarzami dla ludzi z Zachodu. W górskiej osadzie mieszkają rodziny przybyłe z Karachi, Islamabadu czy Lahore. Sezon trwa i co chwilę nowe osoby docierają tu z doliny. Dowiadujemy się również, że nazajutrz będzie tu rozgrywany finał turnieju polo, narodowego sportu tutejszych górali. Po krótkiej naradzie decydujemy się zostać i już nazajutrz rano obserwujemy dziarskich pasterzy i ich konie w zażartym pojedynku. Młodzi mężczyźni za pomocą długich kijków próbują wbić niewielką piłkę do bramki przeciwnika, zaś widzowie co chwilę muszą uciekać ze swych miejsc, by nie zostać stratowanymi przez rozpędzone wierzchowce. Godzinny mecz kończy się wspólną zabawą, podczas której zawodnicy i widzowie (sami mężczyźni!) tańczą w rytm dzikiej, zawodzącej muzyki. My zaś ruszamy w górę doliny.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też