Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Atlas Wysoki

Marokańska złota jesień

NPM 3/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Żukowski
Początki wędrówki. Widok z przełęczy Tizi n'Mzik (2489 m n.p.m.) na Imlil (fot. Łukasz Żukowski)
Pomysł wyjazdu w góry Atlas chodził po mojej głowie od dłuższego czasu i tylko czekał na impuls. Taki nadszedł, gdy Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej ogłosił konkurs na najciekawsze wyjazdy ekstremalne. Skontaktowałem się ze znajomym, który tam studiuje, i zaproponowałem, żebyśmy wspólnie wzięli w nim udział.

Szybko ustalamy, że nie interesuje nas wyłącznie wejście na szczyt Dżabal Tubkal drogą normalną. Chcemy raczej uciec przed dużą liczbą turystów podążających na szczyt oraz zobaczyć życie miejscowej ludności w górskich wsiach położonych z dala od popularnych szlaków. Z tego też powodu przed wyjazdem dokładnie przyglądamy się mapie gór Atlas i wytyczamy trasę dokoła Tubkalu, obejmującą od pięciu do sześciu dni wędrówki. Przy okazji ustalamy, że chcemy wejść na łącznie sześć okolicznych szczytów wznoszących się na wysokość powyżej 4000 m n.p.m. Zgodnie stwierdzamy też, że najlepszym terminem do realizacji naszego planu będzie początek listopada, ze względu na znośną temperaturę panującą wówczas na nizinach i umiarkowaną w wyższych partiach górskich oraz na to, że dwa kolejne weekendy są wtedy przedłużone. Wystarczy wziąć zatem tylko pięć dni urlopu, by móc wyrwać się na całe 10 dób. Swoim pomysłem dzielimy się z kilkorgiem znajomych i w taki sposób zbiera się nasza finalna ekipa w składzie: Ola, Damian, Marcin („Hipis”), Kamil („Bystry”), Kacper, dwóch Pawłów („Śląski” i „Wicher”), Łukasz z Darkiem i ja.
Kiedy wstępny zarys naszego wyjazdu jest już gotowy, prezentujemy go w konkursie. Ku naszej wielkiej radości okazuje się na tyle ciekawy, że dostajemy wyróżnienie i wsparcie finansowe. Teraz już nie ma odwrotu. Wyszukanie optymalnych połączeń lotniczych, kupienie biletów, znalezienie noclegów, przegląd sprzętu, zakupy, zbieranie informacji i całe mnóstwo innych rzeczy – wszystko to musimy ogarnąć w jak najkrótszym czasie. Ostatecznie decydujemy się dotrzeć autobusem do Berlina i już stamtąd polecieć prosto do Marrakeszu. Z kolei powrót planujemy z Agadiru, żeby po pobycie w górach skorzystać jeszcze z niezłej, listopadowej pogody do plażowania i tym samym zapewnić sobie dodatkowe atrakcje. Jako że szczegółowy plan wyjazdu postanawiamy dostosować do warunków, jakie zastaniemy na miejscu, ustalamy, że najlepiej będzie spać w namiotach. Wspólnie wybieramy też prowiant, ponieważ wiemy, że po drodze nie będzie możliwości uzupełnienia zapasów.
1 listopada w pełnym składzie spotykamy się na lotnisku Schönefeld i po krótkich zakupach środków dezynfekujących w strefie wolnocłowej wsiadamy do samolotu. Po czterech godzinach lądujemy na miejscu. Wypełniamy krótką ankietę dotyczącą celu swego pobytu, oddajemy ją urzędnikowi celnemu i wreszcie stajemy przed budynkiem lotniska. Wsiadamy w autobus i pędzimy do centrum Marrakeszu na swój pierwszy nocleg.
Następnego dnia rano szukamy taksówkarza, który za rozsądną cenę zabierze nas do Imlilu (1750 m n.p.m.). Negocjacje początkowo idą jak po grudzie, ale koniec końców się udaje i z lekkim opóźnieniem docieramy na miejsce. Pędzimy do hotelu, żeby zostawić bagaż, który nie przyda się w górach, i już z plecakami ruszamy na szybki rekonesans. Mamy nadzieję, że uda się nam tutaj kupić zakręcane kartusze do naszych kuchenek gazowych, ale niestety okazuje się to zupełnie niemożliwe. Tym samym musimy się z nimi pożegnać. Szczęśliwie wzięliśmy z Polski, na wszelki wypadek, także dwie kuchenki na paliwo płynne, dzięki czemu możemy ruszyć na szlak bez obaw o swoje żołądki. Żałujemy tylko, że znowu straciliśmy cenny czas.
Z Imlilu kierujemy się na zachód ku przełęczy Tizi n’Mzik (2489 m). Tuż za nią szlak odbija nieco na południe, najpierw do schroniska Refuge Azib Tamsoult (2250 m), a następnie do naszego dzisiejszego celu – Refuge de Tazarhart (ok. 3000 m), gdzie zamierzamy nocować. Ścieżka wiedzie po piarżystym zboczu, ale mimo to jest dość komfortowa i po sześciu godzinach docieramy do miejsca pierwszego postoju. Niestety, jako że wcześniej straciliśmy masę czasu, jesteśmy tu już o zmroku i nie ma mowy o dalszym marszu. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że przy Azib Tamsoult możemy rozbić namioty za darmo.
 Jego gospodarz pozwala nam też skorzystać z zewnętrznej toalety i kranu, co po kilku godzinach wędrówki jest dla nas naprawdę miłym akcentem. Zmęczeni siadamy na tarasie schroniska i przygotowujemy sobie kolację.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też