Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Tatry Zachodnie / Grześ i Rakoń

Mamy ponad 100 lat!

NPM 1/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Wiktor Jesionek
(fot. Wiktor Jesionek )
Udało się. Wyruszyć w drogę to już połowa sukcesu. Namówiłem tatę, świeżo upieczonego emeryta, na próbę wspólnego zdobywania tatrzańskich szczytów zimą. Zaczniemy od Grzesia. A może szlak zaprowadzi nas dalej?

Zimowym popołudniem zostawiamy auto na parkingu na Siwej Polanie. Zakładamy plecaki i wyruszamy do schroniska, nim zapadnie, wczesny o tej porze roku, zmrok. Mijamy rogatkę Tatrzańskiego Parku Narodowego i kramy z cudeńkami wabiącymi różnymi odcieniami i formami plastiku. Samochodzik, niedźwiadek, skarbonka-domek z napisem „Zakopane”, ciupaga... Wszystko, z czym dziecku mają się kojarzyć Tatry.
– Kupię ci oscypka, chcesz? – zagaduje mnie tata, zwabiony dymem rozchodzącym się znad rusztu z grillowanymi przysmakami. – Gdy byłeś chłopcem, zawsze aż uszy ci się trzęsły, gdy zobaczyłeś oscypki – dodaje.
Zanim werbalizuję swoją odpowiedź, tata już kupuje soczyste serki z żurawiną i pierwszy zabiera się do pałaszowania tego, co nieodłącznie kojarzy mi się ze smakiem wycieczki w góry z rodzicami.

Powrót do przeszłości
Pomysł zabrania taty w góry chodził za mną już od kilku lat. Od naszej ostatniej wspólnej tatrzańskiej eskapady zdążyłem wydorośleć, wielokrotnie wracając na szlaki, na których pierwsze kroki stawiałem prowadzony za rękę przez ojca. Dziś raz jeszcze powędrujemy razem. Czy nie warto zabrać czasem w góry tych, którzy kiedyś pomagali nam je odkrywać?
Idziemy pod prąd. Mijamy turystów wracających ze spaceru po Dolinie Chochołowskiej. Zauważamy, jak wiele się zmieniło od czasów naszych pierwszych wspólnych spacerów. Las uległ wichurom, gospodarce leśnej i czynnej ochronie przyrody. Droga wciąż niby ta sama, ale krajobraz wkoło odmieniony. Tłumów nie ma. Podobnie w schronisku: nie mamy problemu ze znalezieniem wolnego stołu w jadalni.
Kładziemy się wcześnie spać, aby wstać przed świtem. Mimo ciepłego łóżka, udaje nam się pokonać lenistwo. Nie bacząc na wczesną porę, z turystycznej kuchni korzysta jeszcze kilka osób, które najwyraźniej zamierzają wyruszyć na szlak, nim bufet zostanie otwarty.
– Kilkanaście lat temu, gdy to ja namawiałem cię do wyjścia w góry, nie chciałeś nawet spróbować owsianki – zauważa tata.
Ma rację. Iluż to rzeczy nie chcieliśmy robić, gdy byliśmy dziećmi, tylko dlatego, że rodzice uznawali je za słuszne? Kto z nas nie chciał być bardziej samodzielny, postępując wbrew dobrym radom? Chociażby nie próbując owsianki... Może tata nie znał skutecznego sposobu do przekonania syna do owsianki, ale z górami zawsze mu się udawało. Nawet jeśli oznaczało to przekupienie oscypkiem i kolejną ciupagą do kolekcji.
– Ale teraz już polubiłem owsiankę. Czas się zbierać. Niech tata nie zapomni zabrać kijów – odpowiadam tylko.
Trasa, nocleg, sprzęt – po raz pierwszy zapewnienie tego wszystkiego należy do mnie. Łącznie z nowoczesnymi „teleskopowymi ciupagami”. Wszystko gotowe, aby zaraz wprowadzić tatę na szczyty Tatr zimą, tak samo jak on kiedyś wprowadzał mnie, kilkuletniego chłopca, podczas letnich wakacji.
Przed wyjściem sprawdzamy komunikat lawinowy TOPR. Kilka dni temu żółtym kolorem ostrzegała nas „dwójka”, która jeszcze przedwczoraj obowiązywała dla wysokości powyżej 1800 metrów n.p.m. Dziś jednak „pokrywa śnieżna jest na ogół dobrze związana i stabilna”, czyli obowiązuje „jedynka”. Dobra nasza, na zimową wyprawę ojca z synem (a właściwie syna z ojcem) nie można było wymarzyć sobie lepszych warunków. Jako pierwsi tego dnia wpisujemy naszą wycieczkę do „Księgi wyjść w góry”.
Niewielkie zimowe obłoczki na wyrazistym błękicie nieba i promienie słońca, efektownie przemieniające nocną szarość w śnieżne odcienie bieli, zapowiadają dobrą aurę. Słupek rtęci, na starym peerelowskim termometrze „Mototechnika Katowice”, od lat wiszącym przy drzwiach schroniska, wskazuje kilka stopni poniżej zera. Nie ma odwilży – można wyruszać!

Raczkowanie czas zacząć
Plan jest prosty: zdobyć Grzesia (1653 m n.p.m.), a następnie Rakoń (1879 m) i wrócić Wyżnią Chochołowską Doliną. Jakby było trzeba, możemy łatwo wycofać się drogą, którą przyszliśmy.
Znany nam dobrze z pierwszych wspólnych wakacyjnych wycieczek żółty szlak, na początku nie jest wymagający. W sam raz dla stawiających pierwsze kroki w Tatrach latem czy zimą. Sypkiego śniegu nie ma wiele, a największe utrudnienie stanowią licznie przewalone w poprzek ścieżki sosnowe wiatrołomy. I tak, każdy w swoim tempie, rozgrzewamy się przez kwadrans.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też