Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Roman Bargieł

Mam sentyment do Równicy

NPM 8/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. arch. Romana Bargieła)
Z Romanem Bargiełem, prezesem i sekretarzem generalnym Zarządu Głównego PTTK, rozmawia Jakub Terakowski

Jak rozpoczęła się Pana przygoda z górami?
PTTK promuje turystyką rodzinną. Organizujemy kampanię pod hasłem „Turystyka łączy pokolenia” – to nie są puste słowa, bo jestem tego najlepszym przykładem. W zakładzie pracy moich rodziców działało koło PTTK. Odkąd pamiętam, jeździłem na wycieczki, a gdy tylko wiek pozwolił, zapisałem się. Zacząłem uczestniczyć w rajdach, wciągnęło mnie zdobywanie odznak, w górach były to rzecz jasna kolejne stopnie GOT. Później przyszedł czas na zdobywanie różnych uprawnień, od podstawowych – organizatora turystyki – począwszy, po kursy przewodnickie. Zakończenie kursu organizatora turystyki przypadło na początek stanu wojennego w roku 1982, gdy na wyjazd w góry trzeba było zdobyć specjalne pozwolenie. Obowiązywała wówczas godzina milicyjna. W nocy nie wolno było przebywać na ulicach, więc musieliśmy nieźle się śpieszyć, aby uniknąć zatrzymania. Raz, na stacji w Zwardoniu, patrol Wojsk Ochrony Pogranicza wręcz nas zawrócił, a chcieliśmy iść na Wielką Raczę. – Nie wolno, w tył zwrot. Odmaszerować, nie ma dyskusji – usłyszeliśmy. Kuriozalna sytuacja, dzisiaj nie do pomyślenia. W Karkonoszach, na Drodze Przyjaźni Polsko-Czechosłowackiej, między Śnieżką a Szrenicą, patrole co kilkaset metrów zatrzymywały turystów. Zaglądali do dowodów, rewidowali plecaki, przekazywali kolejnym patrolom nazwiska. W Beskidach podobnie, sieć – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – „monitoringu” tworzyli ukryci w krzakach wopiści, czuwający, by nikt nie poszedł na piwo do schroniska po czeskiej stronie. Muszę przyznać, że wojacy byli dobrze zamaskowani… (śmiech)
 
Pamięta Pan swoją pierwszą wycieczkę w góry?
Tak, trochę wstyd przyznać: w Tatry, zimą, z rodzicami. Miałem wówczas nie więcej niż sześć lat.
 
A dlaczego wstyd przyznać?
Bo to nieco „za wysokie progi” na kilkuletnie nogi… Nie polecam rozpoczynania przygody z górami od zimowych wycieczek w Tatry. Oczywiście, rodzice nie zabrali mnie od razu na najtrudniejsze szlaki. Jako pierwszą zobaczyłem bodaj Halę Gąsienicową, ale i tak uważam, że góry należy poznawać nieco bardziej stopniowo i systematycznie, od niższych poczynając. Jak widać, relacja uczeń – mistrz doskonale sprawdza się w turystyce. W moim przypadku pierwszymi mistrzami byli rodzice, a w technikum znakomici nauczyciele, opiekunowie szkolnego koła PTTK oraz przewodnicy, którzy potrafili zarazić swoją pasją. Hasło „Turystyka łączy pokolenia” nie jest więc tylko wyświechtanym frazesem. Udowadniają to też moje dzieci, które najpierw ze mną, a teraz już samodzielnie wędrują po górach. Przykład, jakim służą rodzice lub opiekunowie, nie zawsze jednak jest godny naśladowania. Jakiś czas temu byłem świadkiem oblężenia Giewontu przez obute w klapki małżeństwa z dziećmi. To skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie zagrażało bezpieczeństwu.
 
Dzieciństwo spędził Pan na Śląsku?
Tak, dlatego często bywałem w nieodleg- łych górach. Ich dostępność komunikacyjna była wówczas lepsza niż obecnie. Oczywiście dziś samochodów prywatnych jest bez porównania więcej, lecz pociągów i autobusów zostało niewiele. A samochód wprawdzie oferuje dużą swobodę, lecz równocześnie ogranicza, gdyż zmusza do zakończenia wycieczki w miejscu jej rozpoczęcia. Z przyjemnością obserwuję więc renesans śląskich kolei. Więcej też organizowano wówczas rajdów i zlotów, dofinansowywanych ze środków zakładów pracy i funduszy socjalnych. To wsparcie jest dzisiaj o wiele mniejsze, chociaż pozytywnych przypadków wciąż nie brakuje. Przykładem może być Huta Baildon, która de facto już nie istnieje, lecz przetrwała w nazwie Oddziału PTTK, który nadal bardzo aktywnie angażuje się w promocję turystyki.
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też