Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Henryk Serda

Mam lęk przestrzeni

NPM 1/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. Rafał Guziak)
 Z Henrykiem Serdą, pilotem TOPR, rozmawia Jakub Terakowski  

Czy to prawda, że nigdy nie był Pan na Rysach?
– Tak, nigdy tam nie byłem. Podobnie jak nigdy nie wszedłem na Giewont. Setki razy lądowałem w pobliżu, ale na samym wierzchołku nie byłem. Po trosze przez przekorę, bo wszyscy tam chodzą, a po trosze dlatego, że ja w ogóle nie jestem szczególnie zapalonym turystą. Nigdy nie byłem w Zakopanem na wakacjach, a moim najwybitniejszym osiągnięciem wspinaczkowym jest zdobycie Kasprowego Wierchu bez pomocy kolejki... (śmiech). Wszedłem też na Wołowiec, zaliczyłem Grzesia. Na piechotę lepiej czuję się w Tatrach Zachodnich, bo Tatry Wysokie są dla mnie stanowczo za wysokie i zbyt strome. Podziwiam tych wszystkich ludzi na graniach, perciach i skałach, aż kręci mi się w głowie, gdy na nich patrzę.

Ale chyba nie ma Pan lęku przestrzeni?
– Mam. Tak jak każdy lotnik. Za nic w świecie nie podejdę do krawędzi dachu dziesięciopiętrowego wieżowca.

A gdy na tej samej wysokości wisi Pan śmigłowcem?
– To zupełnie mi to nie przeszkadza. Siedzę sobie wygodnie w bezpiecznej kabinie i jest tak przyjemnie, że sielanka byłaby absolutna, gdyby nie świadomość, iż lecę do wypadku.

Jak został Pan pilotem TOPR?
– Od dziecka interesowałem się lotnictwem. Już w przedszkolu strugałem drewniane samoloty. W rodzinie nie było żadnych tradycji lotniczych, więc sam nie wiem, skąd ta pasja. Miałem szesnaście lat, gdy w 1962 roku zapisałem się do Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Krakowskiego. Chciałem latać na szybowcach, ale zgłosiłem się za późno. Nie było już miejsc. Zacząłem więc od skoków na spadochronach. Przez rok wykonałem ich trzydzieści. Potem udało mi się przenieść do Sekcji Szybowcowej. Po kilku latach poszedłem do wojska. Tam zostałem skoczkiem spadochronowym w plutonie wyczynowym 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej. Skakałem zawodniczo.

Zawodniczo?
– Uczestniczyłem w Mistrzostwach Wojska Polskiego, mistrzostwach Polski, brałem udział w kilku zawodach zagranicznych. Całkiem nieźle sobie radziłem. Byłem nawet w kadrze spadochronowej. Ale wciąż najbardziej interesowałem się lataniem. Po wyjściu z wojska w 1973 r. rozpocząłem więc szkolenie samolotowe i pięć lat później otrzymałem licencję pilota zawodowego. Od razu wybrałem lotnictwo sanitarne.

A dlaczego akurat to?
– Bo niesienie pomocy podobało mi się znacznie bardziej od opryskiwania pól z powietrza czy cywilnych lotów pasażerskich. Ćwierć wieku pracowałem w lotnictwie sanitarnym, aż do pamiętnego wypadku koło Murzasichla. Przeżyłem, więc Lotnicze Pogotowie Ratunkowe postanowiło mnie zwolnić.

Z uprawnieniami pilota samolotowego latał Pan śmigłowcem?
– Ależ skąd! W 1980 roku dostałem licencję śmigłowcową i latałem w Lotnictwie Sanitarnym równolegle – na samolotach albo śmigłowcach, w zależności od potrzeby. Przewoziłem chorych, wykonywałem loty ratownicze i międzyszpitalne, transportowałem krew, lekarstwa, transplantaty. A od 1982 roku zacząłem latać w górach.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też