Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Justyna Szepieniec

Mam dobrego Anioła Stróża

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
( fot. archiwum Justyny Szepieniec)
Z Justyną Szepieniec, himalaistką, rozmawia Jakub Terakowski  

Za Tobą trzy wyprawy w Himalaje i trzy porażki, ale przecież wróciłaś, żyjesz. To pech, czy raczej szczęście?
Może szczęście w nieszczęściu? Zlekceważyłam naturalną kolej rzeczy, święty porządek, zgodnie z którym góry należy zdobywać powoli i sukcesywnie. A ja wprost z Tatr pojechałam na Aconcaguę i stamtąd w Himalaje. To było nie lada wyzwanie dla mojego Anioła Stróża. Musiał się nieźle natrudzić, abym nie poniosła konsekwencji tej nonszalancji.

To przynajmniej o swoich wyprawach opowiedz, proszę, chronologicznie.
Zawsze prowadziłam aktywny tryb życia. Już w szkole podstawowej trenowałam lekkoatletykę, pływanie, piłkę ręczną, później grałam w koszykówkę. Jako 14-latka, nic nikomu nie mówiąc, wybrałam się samotnie na Rysy. Zadzwoniłam do rodziców, dopiero schodząc, znad Morskiego Oka. Później pojechałam do Zakopanego i wróciłam stamtąd do domu w Rymanowie na piechotę. Szłam po 40, 50 kilometrów, przez pięć dni. Raz nocowałam zgodnie z planem – w schronisku, innym razem w przypadkowej wiejskiej chałupie. Potem, już podczas studiów, wybrałam się na spotkanie z Krzysztofem Wielickim. Oczarował mnie. Rzuciłam się na książki o wyprawach w Himalaje. Przeczytałam ich dziesiątki i postanowiłam, że... pojadę na K2! Zaczęłam szukać numeru telefonu Krzysztofa, lecz pierwszą znalazłam komórkę Alka Lwowa. Zadzwoniłam do niego, powiedziałam, że chcę się wybrać w Karakorum.

Jak zareagował?
Zapytał o moje doświadczenie. Odpowiedziałam, że byłam na Rysach... (śmiech)

Zaproponował, abyś najpierw pojechała w Alpy?
Nie, poszedł ze mną ponownie na Rysy. Chyba zdałam ten „egzamin”, bo zaprosił mnie na Aconcaguę. Tam już jednak nie weszłam.

Dlaczego?
100 metrów poniżej szczytu Alek stwierdził, że jestem zbyt zmęczona, by wspinać się dalej. Moim zdaniem miałam dość siły, ale głos decydujący należał do Alka. Nie sposób powiedzieć, kto miał rację. Fakt, że pogoda się załamała i turysta idący tuż za nami zginął pod szczytem. Czy zatem Alek uratował mi życie, czy odebrał szansę na zdobycie wierzchołka? Szczęście czy pech? Jak to ocenić? Jedno nie ulega wątpliwości: schodząc w dół, wybawiliśmy ze śmiertelnie poważnej opresji samotnego Chińczyka, więc warto było zawrócić. Jesienią tego samego, 2008, roku pojechałam z Ryszardem Pawłowskim na Czo Oju.

I znowu zawróciłaś pod szczytem.
Ryszard ciężko wówczas zachorował. Miał zapalenie otrzewnej; prosto z bazy trafił do szpitala. Zostaliśmy sami; grupa podobnych do mnie żółtodziobów, nikt z nas nie był wcześniej w Himalajach. Cóż mogliśmy zrobić bez lidera? Postanowiłam jednak walczyć do końca. Z jednym szerpą osiągnęłam ostatni obóz, gdzie przenocowaliśmy, aby nazajutrz zaatakować szczyt. Miałam wówczas więcej siły i determinacji niż rozumu. Na szczęście mój Anioł Stróż znów interweniował w samą porę – nie pozwolił mi wyjść powyżej 7800 metrów. Chyba całkiem nieźle jak na debiut w Himalajach, prawda?

Tak. Pozazdrościć Anioła Stróża.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też