Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Mała szkoła przetrwania

NPM 7/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Stodolny
Cima Pisciadù (2985 m n.p.m.) i jezioro Pisciadù widziane z okolic schroniska Cavazza al Pisciadù (2586 m n.p.m.) (fot.Grzegorz Stodolny)
Brigata Tridentina nie była moim celem, ale mojego kolegi, który… z nami nie pojechał. Niech wie, że ma czego żałować, gdyż ta krótka, czterogodzinna via ferrata dała nam na całym wyjeździe najwięcej radości.

Nasz dwutygodniowy pobyt w Dolomitach powoli dobiegał końca. Razem z Kasią i Tomkiem spędziliśmy w tych niezwykłych górach niesamowity czas i z żalem myśleliśmy o powrocie. Udało się jednak wygospodarować jeszcze jeden dzień, dzięki któremu mogliśmy zaliczyć dodatkową trasę. Nie wiedzieliśmy, jak wspaniała będzie to wyprawa.

Lekcja przetrwania
Ruszamy spod Marmolady w stronę grupy Sella. Naszym celem nie jest co prawda najpopularniejszy w tej grupie Piz Boe, lecz jedziemy na drugą stronę masywu, pod Torre Exner (2495 m n.p.m.) i szczyt Pisciadù (2985 m n.p.m.) w okolicach przełęczy Passo Gardena (2115 m n.p.m.). Wybraliśmy ferratę Brigata Tridentina, dzieło oddziału włoskich żołnierzy górskich Alpini z Trydentu. To właśnie od nich wywodzi się nazwa ferraty.
Po południu docieramy na spory parking pomiędzy przełęczą Passo Gardena a miejscowością Corvara na drodze nr 243, położony przy dolomitowych skałach Selli. Oprócz nas stoi tu kilka kamperów, rozbite są także trzy namioty. Trochę nas to dziwi, bo biwak w Dolomitach poza kempingami jest nielegalny, ale – jak widać – miejsce okazuje się swego rodzaju zieloną wyspą na mapie, gdzie odpowiednie służby przymykają oko. Rezygnujemy zatem z niewygodnego noclegu w samochodzie i rozbijamy także swój namiot. Wczesnym rankiem zwijamy biwak, żeby przypadkiem nie zostać ukaranym.
Podczas śniadania zastanawiamy się, co nas czeka u góry. Wiemy, że ferrata nie jest zbyt długa i nie zajmie nam specjalnie dużo czasu. Pewnie dlatego przy porannym rytualnym obrządku poruszamy się dość ślamazarnie, sporo czasu wygrzewając się na słońcu. Nasza opieszałość zostaje dotkliwie ukarana kilka minut po dziewiątej. Wtedy bowiem na horyzoncie dostrzegamy pierwsze busy, z których wysypuje się kilkanaście dzieciaków. Czterech przewodników/instruktorów rozpoczyna przyspieszony kurs zakładania uprzęży i lonż. Dzieci ewidentnie ruszają na swoją pierwszą szkołę przetrwania.
– Zbierajmy się szybko, bo jeśli nie wyjdziemy przed nimi, to ja się za tą grupą ciągnąć nie będę – protestuje stanowczo Tomek.
Patrzę na sytuację lekko przerażony. Dziecięcy harmider nie ma nic wspólnego z górską ciszą, a przypomina dużą przerwę w wielkomiejskim gimnazjum. Nasze ruchy stają się w mgnieniu oka cztery razy szybsze. Próbujemy posprzątać wszystkie graty wokół samochodu, kiedy z jego drugiej strony dochodzi do nas głos Kaśki:
– Chłopaki, pomógłby mi któryś spłukać włosy? – pada pytanie z gatunku tych, które mężczyźni na górskich wyprawach lubią najbardziej.
W tym momencie patrzymy z Tomkiem na siebie, Kasię, ubierające się w lonże dzieciaki i busy, które zaczynają wjeżdżać na parking, przywożąc kolejnych młodych adeptów sztuki przetrwania. Biorąc pod uwagę panujący wokół nas bałagan, dajemy za wygraną. Nie ma szans, byśmy pierwsi wyszli na ferratę.
Liczba amatorów górskiej wspinaczki, którzy pojawiają się pod Brigata Tridentina, idzie w dziesiątki i niepokojąco zbliża się do setki. Wielki parking, po naszym przyjeździe praktycznie pusty, teraz jest zapchany samochodami na całej długości. Doliczamy się ponad 50 samochodów, z czego jedna piąta to busy wycieczek. Tłok okropny, a pierwsze zatory widać już na samym początku ferraty. Orla Perć to nic w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj. Mimo wszystko nie rezygnujemy. Całe to szaleństwo grzecznie przeczekujemy. Postanawiamy, że wyruszymy maksymalnie późno.
– Wystarczy, jak do szczytu dojdziemy przy świetle dziennym, bo schodzić możemy już w świetle czołówek – orzekamy i dopiero przed 18, kiedy parking jest już prawie całkiem wyludniony, obwieszamy się sprzętem i ruszamy.

Skalny teatr
Początek ferraty znajduje się 100 metrów od parkingu. Pierwszy, krótki fragment prowadzi około 50 metrów w górę i jest bardzo prosty, jak wejście po drabinie. Podejście wyprowadza nas na taras, znajdujący się bezpośrednio pod Torre Exner – szczyt, gdzie poprowadzona jest nasza Brigata. Trawersujemy zbocze, podążając dobrze widoczną ścieżką, oznaczoną dodatkowo biało-czerwonymi znakami. Pogodę mamy wyśmienitą. Nad nami błękitne niebo z niewielką ilością chmur. Dodatkowo – mimo późnej pory – jest bardzo ciepło. Nic – tylko się wspinać. Początek właściwej ferraty znajduje się w pobliżu niewielkiego wodospadu, który tworzą wody spływające z jeziora Pisciadù. Po krótkim postoju na podziwianie krajobrazów podchodzimy do stalówki i wpinamy karabinki.
Podczas pierwszych kroków na ferracie towarzyszy nam szum wodospadu.
(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też