Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Alex Txikon

Lubię się wspinać z Szerpami

NPM 6/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jagoda Skarżeńska, Maciej Sokołowski
(fot. archiwum Alexa Txikona)
– Nie podoba mi się, że górskie środowisko traktuje Szerpów jak ludzi drugiej kategorii. Mają ogromne doświadczenie, wielu z nich kilkanaście razy weszło na ośmiotysięczniki. Czuje się z nimi dobrze, naprawdę się lubimy – mówi Alex Txikon, baskijski himalaista, w rozmowie z Jagodą Skarżeńską i Maciejem Sokołowskim.  

Wywiady z Alexem to pretekst do odwiedzenia Kraju Basków – państwa, o którym wszyscy słyszeli, a które mało kto potrafi wskazać na mapie. Jest to również niemałe wyzwanie organizacyjne na miejscu – trzeba wbić się w plan dnia rozmówcy, manewrując pomiędzy treningami, zawodami, wyjazdami i spotkaniami. Trzeba przy tym pamiętać, że Alex to rodowity mieszkaniec kraju, w którym „5 minut” jest raczej bezokreśleniem niż miarą czasu.
Umawiamy się nazajutrz po naszym przylocie w jego rodzinnym domu. Wita nas wylewnie w samych slipkach – właśnie wstał po godzinie snu: w nocy wracał samochodem kilkaset kilometrów. Ale świetnie, że jesteśmy, bo za godzinę musi być w sąsiedniej miejscowości na zawodach drwali. Spokojnie, to blisko, tylko 5 minut drogi…
Jego mama karmi nas domowym crème caramel, gromami z oczu ciska w skąpo odzianego syna, aż ten jedną ręką wkłada koszulkę, a drugą pokazuje zdjęcia, nie przestając z nami rozmawiać o wspólnych znajomych, imprezach, górach. Do tego tradycyjne dla Basków przybijanie piątki i męskie czułe obejmowanie się co jakiś czas. Języki polski, baskijski, hiszpański, angielski mieszają się co chwilę. Gdy na stole pojawia się parująca kawa, możemy rozpoczynać rozmowę.
 

Alex, tym razem z dłuższej perspektywy – jakie zmiany nastąpiły w Twoim życiu w ostatnim roku po sukcesie na Nanga Parbat?
Właściwie jedyną zmianą, którą dostrzegam, jest to, że częściej podróżuję do Polski. Dzięki Tobie, Macieju, (śmiech) te drzwi się przede mną otworzyły. Mam tam coraz więcej przyjaciół.
Ale przecież jesteś teraz w Hiszpanii niezwykle popularny! Masz własny fanpage na Facebooku, dzieci przynoszą Ci laurki…
O, wydaje mi się, że są w Hiszpanii wspinacze bardziej popularni ode mnie – chociażby Carlos Soria, ale też wielu innych… Nie przepadam za Facebookiem ani za mailami, tak naprawdę otwieram je dość rzadko. Może trudno w to uwierzyć, ale maili nie czytałem od grudnia, bo wiem, że przyjaciele i tak potrafią mnie znaleźć.
Popularność chyba za bardzo mnie nie zmieniła, nadal robię różne szalone rzeczy –  teraz na przykład zamierzam wystartować w lokalnym konkursie, gdzie stawką wejściową jest 6000 euro. Trzeba wykonywać różne zadania: rąbać drewno, nosić głazy, biegać z obciążeniem… Zwycięzca bierze wkład od wszystkich uczestników konkursu. To duże wyzwanie, ciężko do niego trenuję.
Natomiast nawet jeśli ludzie rozpoznają mnie na ulicy, nie jest to dla mnie aż tak istotne. Chociaż, wiecie, jest fajnie, kiedy mam prelekcję w miasteczku liczącym 1200 mieszkańców i przychodzi na nią 420 osób. Tak, to może też trochę zwariowane! W każdym razie mam teraz zdecydowanie więcej pracy, ale też łatwiejszy kontakt ze sponsorami. Na Everest z własnej kieszeni musiałem pokryć tylko trochę ponad 20 procent kosztów wyprawy.
Skąd pomysł na zimowy Everest? Mówiłeś, że nie zależy Ci na zdobyciu Korony, ale jednak wybierasz takie szczyty, których Ci brakuje – Kanczendzongę, Everest, K2?
Chciałem zorganizować wyprawę zimową. To dla mnie kolejny krok w zdobywaniu Himalajów. Po Nandze niespecjalnie chcę jeździć latem – wolę wyzwania. Everest zimą nie jest prosty, właściwie wszystko, albo co najmniej bardzo wiele, zależy od pogody. Ten szczyt jest w końcu bliższy 9000 niż 8000 metrów n.p.m.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też