Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015

Lubię się porządnie zmęczyć

NPM 6/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Długowski
Wspinanie wielkościanowe w Kirgizji (FOT. PIOTR SZTABA)
Z himalaistą Wojciechem Kozubem, laureatem krakowskiej Jedynki i gdyńskiego Kolosa, rozmawia Łukasz Długowski  

Czytając Twój życiorys, człowiek ma wrażenie, że niemal wszystko, co robisz, to góry. To właściwe odczucie?
– Dużo w tym racji. Jestem instruktorem wspinaczki, pracuję na wysokościach oraz jako przewodnik tatrzański. Od pięciu, sześciu lat prowadzę grupy po Tatrach. To są głównie wycieczki szkolne. Chodzę po tysiąc razy do Doliny Kościeliskiej i Morskiego Oka, ale sprawia mi to nadal ogromną przyjemność.

Co w tym przyjemnego?
– Kiedyś wspinanie było dla mnie najważniejsze. Później przestawiło mi się w głowie. Zdałem sobie sprawę, że można komuś coś dać tym wspinaniem. Dlatego prowadzę te dzieciaki, robię im prezentacje z moich wypraw, opowiadam, pokazuję sprzęt, dzielę się tym i daje mi to satysfakcję.

Dlaczego zmieniło się Twoje podejście do wspinania?
– Zdałem sobie sprawę z tego, co jest dla mnie w życiu najważniejsze. Kiedyś to było wspinanie, teraz są to ludzie. To nie znaczy, że obecnie wspinam się mniej intensywnie, jestem po prostu lepiej zorganizowany czasowo. Bardzo szczegółowo planuję sobie treningi, wspinanie i same wyjazdy. W zasadzie nie ma miejsca na przypadek.

Jak doszło do tego, że zacząłeś się wspinać?
– Wyniosłem to z domu. Zarówno mój tata, jak i dziadek byli blisko związani z górami. Z ojcem zawsze jeździłem w Beskidy – początkowo na wycieczki, potem zaczęliśmy biegać. Natomiast dziadek jest przewodnikiem tatrzańskim, nadal czynnym, pomimo swoich 80 lat. Zawsze lubiłem chodzić po górach, ale początkowo wspinanie w ogóle mnie nie pociągało. Odkryłem je dopiero w liceum, kiedy poznałem Łukasza Deptę, z którym od dziesięciu lat jeżdżę na wyprawy.

Co Cię przekonało?
– Lubię się porządnie zmęczyć. Lubię ten stan wyczerpania fizycznego, kiedy nawet nie wiesz, co się wokół ciebie dzieje. Wspinanie czy alpinizm w stu procentach może ci to dać. A poza tym zawsze rozpierała mnie energia. Nie jestem w stanie długo usiedzieć w jednym miejscu. Dużą rolę w narodzinach mojej fascynacji wspinaniem odegrali Łukasz i Kordian Miodońscy. Jeździliśmy razem na wycieczki w Tatry. I chociaż popełnialiśmy na nich sporo głupich błędów, dobrze je wspominam.

Głupie błędy?
– W zimie wychodziliśmy w góry o jedenastej czy dwunastej w południe. Nie sprawdzaliśmy prognoz, nie braliśmy zapasów jedzenia. Jak robiliśmy wschodnią część grani Tatr Bielskich, zamiast porządnych butów mieliśmy adidasy na nogach i tak szliśmy w śniegu po kolana. Wspominam ten czas bardzo pozytywnie, ale nie miało to nic wspólnego ze zdroworozsądkowym podejściem do gór. Ale te wspólne wyprawy trochę na mnie wpłynęły i w dużym stopniu ukształtowały podejście do gór.

W jaki sposób?
– Tak jak wspomniałem, teraz w górach najważniejsze jest dla mnie bycie z ludźmi. Dam taki przykład: jeśli mam do zrobienia trudną drogę w Tatrach i mam do wyboru wspinać się z jednym dobrym, pewnym partnerem albo pojechać większą, trzyosobową grupą, najczęściej wybieram tę drugą opcję. Pomimo że przecież wtedy są mniejsze szanse powodzenia, bo zespół trójkowy będzie wolniejszy. Wybieram wyjazd bardziej towarzyski, z mniejszym naciskiem na wynik sportowy. Jak sięgam pamięcią, najprzyjemniej wcale nie wspominam najtrudniejszych wypraw, ale wejścia z ludźmi, z którymi bardzo dobrze się czułem.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też