Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Mark Westman

Łosie groźniejsze niż grizzly

NPM 8/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Paulina Wierzbicka
(fot. archiwum Marka Westmana)
Marek Westman amerykański wspinacz i rangers w Parku Narodowym Denali.

Mark, udało Ci się w Twoim życiu połączyć pasję z pracą. To marzenie każdego wspinacza, podróżnika, osoby zakochanej w górach. Czy była to już dawno zaplanowana ścieżka?
Nie było planu. Zaraz po szkole byłem pogubiony jak każda młoda osoba. Swoją przygodę ze skałami rozpocząłem w wieku 22 lat. Podjąłem też wtedy pierwszą pracę, w Seattle, jako inżynier budownictwa. Weekendy wykorzystywałem na wspinaczkę z moim przyjacielem z Uniwersytetu Waszyngtona w Parku Narodowym Mount Rainier, jakieś 100 kilometrów na południowy wschód od Seattle.
W 1995 roku straciłem pracę, a tłumaczono to panującym na rynku kryzysem w branży budowlanej. Dosłownie w tym samym tygodniu w akcji ratunkowej w Mount Rainier zginął jeden z ratowników. Mój przyjaciel Mike Gauthier, znając moje zamiłowanie do wspinaczki, poprosił mnie o zasilenie szeregów ratowników do końca sezonu w jednym z obozów znajdujących się w drodze na szczyt. Zgodziłem się. Ta góra i to miejsce urzekły mnie na tyle, że wróciłem tu w następnym sezonie. Przy okazji miałem wolną rękę, jeśli chodzi o inne wyjazdy. Mogłem rozwijać swoje zainteresowania, szkolić się, trenować.
Wspaniale wspominam ten czas. Nawet kiedy z przyjaciółmi mieliśmy wolne, jechaliśmy niczym szaleńcy do Parku Narodowego North Cascades, na północ od Seattle, i wspinaliśmy się w stylu alpejskim. Góra, dół, góra, dół, dzień i noc. Góry tutaj mają alpejski charakter – trudne podejścia pod ściany, niestabilna pogoda, lodowce. To doskonałe pole treningowe. W tamtym czasie wiosną jeździłem z moim przyjacielem Joe Puryearem na Alaskę, a jesienią ruszaliśmy w Yosemity. Zimą pokornie wracałem do mojej pracy w branży budowlanej. Tak minęło pięć pięknych i szalonych lat.
Nie męczyło Cię takie tempo życia?
Męczyło to złe stwierdzenie. Tego było po prostu za dużo! W 2000 roku porzuciłem pracę w Mount Rainier. Wróciłem do sezonowej pracy inżyniera, ponieważ to dawało mi niezależność i pozwalało zaoszczędzić pieniądze na ciepłą porę roku, kiedy brałem blisko sześć miesięcy urlopu i jechałem na Alaskę. W Rainier praca sezonowa zaczynała się od wczesnego maja, co na Alasce zbiegało się z początkiem sezonu i szerokimi możliwościami działalności górskiej. A w pracy szefowie naprawdę mnie lubili. Zimą dawałem z siebie 200 procent normy, a przez resztę roku mogłem podróżować. Przez cały ten okres dzieliliśmy czas z moją żoną Lisą Roderick pomiędzy Seattle i Talkeetnę.
W 2008 roku nadszedł ogólnoświatowy kryzys i mój zakład został przejęty przez większy koncern. W efekcie zamknięto biuro. Przyszedł czas zmian. I tak w 2010 roku przeprowadziłem się na stałe na Alaskę, gdzie zaproponowano mi stanowisko rangersa w Parku Narodowym Denali. Początkowo myślałem, że zostanę tu rok, może dwa, ale życie pokazało, że Alaska stała się moim domem. Praca, oprócz oczywistego przebywania w górach, oferowała mi sporo dobrze płatnych nadgodzin, gwarancję stabilności i to, co mnie interesowało – sezonowość! Od marca do końca lipca Alaska, a później witaj, świecie! Witajcie, nieograniczone możliwości eksplorowania coraz to nowszych rejonów wspinaczkowych.
Gdyby tylko w Polsce dało wyżyć się z pracy sezonowej…
Mimo wszystko w Stanach nie jest aż tak łatwo. Ta praca to również sporo wyrzeczeń, brak komfortu stabilności finansowej, ale i tak myślę, że plusy zdecydowanie przewyższają minusy. I jeszcze jedno: odkąd pracuję w Parku Narodowym Denali jako rangers, mam niestety z głowy sezon wspinaczkowy. Choć oczywiście przez te 20 sezonów zrobiłem w tych górach większość interesujących mnie projektów, przejść i dróg.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też