Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Artur Hajzer (1962-2013)

Lodowy Kierownik

NPM 9/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jagoda Mytych
Hajzer uratowany przez TOPR po zejściu lawiny, Ciemniak 2008 r. (fot. archiwum Artura Hajzera)
Czy możliwy jest himalaizm zimowy bez Artura Hajzera? – Jak się powiedziało a, trzeba powiedzieć i b, i z. Istnieje chęć, żeby to dokończyć. Chęć ugruntowania polskiej pozycji lidera w tej dyscyplinie. To piękna idea i z pasją ją realizuję – mówił. I choć wyprawa na Gaszerbrumy, podczas której zginął, odbyła się niejako obok projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, to i tak było wiadomo, że pojechał, aby budować tam formę na pozostałe, nie zdobyte jeszcze zimą szczyty. Był jednym z najmłodszych Lodowych Wojowników – stał się wiecznie młodym Lodowym Kierownikiem.

Każdy zna jakąś jego twarz. Jedną lub kilka” – napisała o swoim mężu i najlepszym przyjacielu Izabela Hajzer. I faktycznie życiorysem Artura Hajzera dałoby się obdzielić kilka osób. Był wspinaczem najwyższej klasy, zdobywcą siedmiu ośmiotysięczników, odnoszącym sukcesy biznesmenem, pomysłodawcą oraz głównym dowodzącym programu, dzięki któremu Polacy znowu wyruszyli na ośmiotysięczniki zimą. Nawet jeśli nie wszystkie cele, które sobie stawiał, udało się zrealizować z sukcesem – nie poddawał się. Słynął z uporu, ciętego dowcipu oraz z chęci dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniami.
Zginął 7 lipca tego roku w trakcie odwrotu z Gaszerbrumu I, jednego z dwóch ośmiotysięczników, które planował zdobyć tego lata dla „podtrzymania formy i kontaktu z wysokością przed ewentualnymi wyprawami zimowymi w latach następnych”. Pożegnaliśmy go 24 lipca w archikatedrze w Katowicach, w tej samej, w której 24 lata wcześniej odbyła się msza za Jerzego Kukuczkę. Wzruszające przemówienie podczas żałobnych uroczystości wygłosił Janusz Majer, nie tylko wieloletni partner biznesowy, ale także przyjaciel Hajzera.
Gdy pracowałam nad tym tekstem, powiedział mi: – Każdy zna jakąś jego twarz. No właśnie. Wydaje mi się, że znałem wszystkie. Gdy się pracuje razem, to znajdzie się wiele powodów, żeby skończyć z przyjaźnią, ale jakoś dawaliśmy sobie radę. Przetrwaliśmy trudne chwile i zawirowania.

Słoń
Urodził się 28 czerwca 1962 roku na Śląsku. Na uniwersytecie w Katowicach ukończył kulturoznawstwo i przede wszystkim od młodzieńczych lat związał się ze śląskim środowiskiem wspinaczkowym, w którym znany był pod ksywką „Słoń”. Wspinać zaczął się jako 14-latek w Harcerskim Klubie Taternickim. Kurs tatrzański, czyli tzw. Betlejemkę, ukończył w wieku 16 lat. Już wtedy odznaczał się sportowym nastawieniem. Przeszedł wiele dróg na Kazalnicy Mięguszowieckiej, na Ganku i innych ścianach, a w Alpach kilka trudnych dróg w masywie Mont Blanc, m.in. na Petit Dru i Mont Blanc du Tacul.
Późniejsza kariera wspinaczkowa Artura Hajzera związana była z katowickim Klubem Wysokogórskim, nazywanym w tym czasie „najlepszym klubem himalajskim na świecie”, ponieważ tu właśnie działali m.in. Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki czy Ryszard Pawłowski.
– Byliśmy w Klubie Wysokogórskim jedną wielką rodziną. Życie koncentrowało się wokół klubu. Spędzaliśmy czas nie tylko na wyjazdach w skałki czy wyprawach w góry, ale razem pracowaliśmy, bankietowaliśmy, chodziliśmy na koncerty. Artur był w klubie postacią znaczącą. Był jednym z tych młodych, którzy się dobrze zapowiadają – i nie skończyło się na zapowiedziach, ponieważ do 30. roku życia sporo osiągnął – wspomina Janusz Majer, który od 1980 roku był prezesem Klubu Wysokogórskiego w Katowicach, a obecnie jest jego honorowym członkiem.
Hajzer był nie tylko wyróżniającym się wspinaczem, ale także obrotnym i zdolnym... krawcem. Dla siebie i wspinających się kolegów szył wszystko – od uprzęży przez plecaki po odzież i kurtki puchowe. Doświadczenia bezcenne, biorąc pod uwagę, że był potem jednym z pionierów polskiej branży outdoorowej. Nieobce były mu także doświadczenia malarskie – głównie te wysokościowe.
„Dzień podobny był do dnia: od rana do wieczora nie wypuszczaliśmy z ręki malarskiego wałka. Na szczęście weekendy spędzaliśmy w skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej, poświęcając cały czas szlifowaniu wspinaczkowej formy. Jeszcze nie wiedzieliśmy, w jakich górach przyjdzie nam tę formę sprawdzić” – tak Artur Hajzer wspominał lato 1982 roku w swojej książce „Atak rozpaczy”.
I właśnie w tym roku, czyli w wieku 20 lat, rozpoczął swoją himalajską przygodę, od wyjazdu w rejon Rolwaling Himal. Rok później wziął udział w wyprawie na Tirich Mir, najwyższy szczyt Hindukuszu (7706 m n.p.m.). W 1985 roku podjął pierwszą próbę zmierzenia się z południową ścianą Lhotse. Klubowa wyprawa była już na wysokości obozu V, gdy dołączył do niej jeszcze jeden przedstawiciel środowiska katowickiego – Jerzy Kukuczka. Niestety, choć na tej wyprawie Hajzer poznał swojego idola i przyszłego partnera wspinaczkowego, to stracił także dotychczasowego kompana. Na Lhotse zginął Rafał Chołda, o którym pisał, że „od czasu, gdy pierwszy raz związali się liną w 1981 roku, podążali tą samą drogą”. Wyprawa nie zakończyła się sukcesem. Niejako z marszu wyruszył na kolejną, tym razem zimową wyprawę na Kanczendzongę. Po raz kolejny nie stanął na szczycie i po raz kolejny doświadczył w górach śmierci, tym razem Andrzeja Czoka...

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”.

Artura Hajzera na łamach „n.p.m.” wspominają m.in. Janusz Majer (himalaista i przyjaciel Artura), Bernadette McDonald (pisarka i dziennikarka, autorka książki „Ucieczka na szczyt”), Aleksandra Dzik (himalaistka, zdobywczyni tytułu Śnieżnej Pantery) i Artur Małek (himalaista, zimowy zdobywca Broad Peaku).


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też