Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Graickie

Lodowa dawka adrenaliny

NPM 6/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
W samo południe na grań szczytową regularnie nachodzą chmury (fot. Tomasz Cylka)
Mówią o nim najłatwiejszy czterotysięcznik. Nic więc dziwnego, że na szczyt Gran Paradiso idą codziennie pielgrzymki amatorów górskiej wspinaczki. Nawet cel mają pielgrzymkowy, bo na szczycie stoi pokaźna, maryjna figura, przed którą każdy się fotografuje. Jeśli ktoś szuka w Alpach aklimatyzacji, to północne Włochy są do tego idealne.

Wąską, krętą drogą dojeżdżamy na koniec świata. Dosłownie. Asfalt w dolinie Valsavaranche kończy się przed wejściem do kempingu w niewielkiej osadzie Pont, ponoć najwyżej położonego w Europie (1960 m n.p.m.). Dalej tylko równo skoszona trawa do namiotów, rzeka i nasze wymarzone góry. Dolinę zamykają górne partie lodowca Grand Etret i lodowe kopuły szczytów Denti del Breuil, Becca di Monciair i Ciarforon. Żeby dostać się na drugą stronę tego łańcucha górskiego, trzeba by jechać aż pod Mediolan. I tak właśnie zrobimy, ale dopiero wtedy, gdy zdobędziemy kilka czterotysięczników.
– Obejrzeć na San Siro mecz AC Milan po zejściu ze szczytu: bezcenne – myślimy o tym, co czeka nas za dwa tygodnie.

Albo skała, albo lodowiec
Na razie w deszczu rozbijamy namioty. I tak tu będzie każdego dnia. Ledwo minie godzina szesnasta, a z nieba zaczyna lać jak z cebra. A że osada Pont położona jest prawie na wysokości naszego Kasprowego Wierchu i do tego otoczona potężnymi masywami górskimi, to szans na wysuszenie namiotu nie ma tutaj żadnych. W ogóle pobudka na tym kempingu jest demotywująca. Słońce wychyla się zza alpejskich szczytów grubo po godzinie dziewiątej, a chowa się po drugiej stronie kilka minut po szesnastej, równo z zaczynającym padać deszczem.
– Jesteśmy w spontanicznych Włoszech, a mimo to wszystko dzieje się tu z dokładnością szwajcarskiego zegarka – przyznamy z niedowierzaniem, kiedy będziemy wracać do Polski.
Osada Pont w niczym nie przypomina popularnych kempingów we francuskim Chamonix czy szwajcarskim Täsch. Tutaj nie ma przypadkowych turystów, podróżujących po Europie. Na ten koniec świata docierają albo ci, którzy uderzają na Gran Paradiso (4061 m n.p.m.), albo ci, którzy chcą spróbować ekstremalnej wspinaczki skałkowej. Bo właśnie z tego słynie ta okolica. Nie ma tu weekendu, w którym nie odbywałyby się zawody. Bałagan wokół namiotów ułatwia rozpoznanie, kto i w jakim celu się tu zjawił. Raki i czekan wskazują na wejście lodowcowe, zaś uprzęże i liny z technicznymi butami na skały.
Przed wyprawą na Gran Paradiso można w okolicy wybrać jedną z kilkunastu propozycji trekkingowych. Na przykład na pobliskie lodowce (Ghiacciaio del Grand, Grand Etret) albo ścieżkami na liczne przełęcze. Taki trening na pewno się przyda, bo choć wejście na Gran Paradiso nie powinno sprawić żadnych trudności technicznych, to jest mozolne i wyczerpujące.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też