Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Parowozem do Szklarskiej Poręby

Liczyrzepie zabrakło pary

NPM 10/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
Parowóz Ol 49-69 na tle Śnieżnych Kotłów i Łabskiego Szczytu (fot. Radosław Pelisiak)
Podjazd z Piechowic do Górzyńca u podnóża Karkonoszy i Gór Izerskich. Parowóz niczym w bajce Tuwima naprawdę już ledwo sapie, już ledwo zipie. W końcu staje, bo brakuje pary. Wspomagająca go lokomotywa spalinowa też nie ma siły. Pociąg z sześcioma wagonami ma nie lada problem z wjazdem do Szklarskiej Poręby. Ale pasażerom to nie przeszkadza.

Howarda Jonesa – ale nie tego wokalistę popularnego w latach 80., z bujną czupryną na głowie, znanego choćby z piosenki „What is love?”,
– tylko skromnego miłośnika parowozów pierwszy raz spotkałem 15 lat temu. Jones organizował wtedy specjalny przejazd parowym pociągiem na międzynarodowej trasie z Poznania do Berlina. Cel był jeden: bicie powojennego rekordu prędkości Pięknej Heleny, czyli parowozu Pm36-2. Nieoficjalny rekord wynosił wtedy 134 km/h – tyle przynajmniej wskazały liczniki między Leszem a Wschową na granicy województw wielkopolskiego i lubuskiego. Jones z brytyjskimi przyjaciółmi chciał pojechać choćby jeden kilometr szybciej. Wszystko szło zgodnie z planem. Parowóz rozwijał odpowiednie prędkości i cel był blisko, gdy nagle w Opalenicy zatrzymał go zamknięty semafor.
– To zemsta polskich kolejarzy na angielskich turystach – komentowali złośliwie pasażerowie pociągu.
Zawód był ogromny, bo kilkudziesięciu Anglików przyjechało do Polski specjalnie na ten przejazd. Wszyscy klęli pod nosami. Ich zdenerwowaniu trudno było się dziwić, bo sukces był na wyciągnięcie ręki. Nikt nie potrafił nam wytłumaczyć, dlaczego któryś z dyżurnych ruchu włączył „Stop”. Nie wiem, czy Piękna Helena pobiła w końcu ten rekord. Oficjalnych informacji nigdzie nie znalazłem. Ale Howard Jones na szczęście się do Polski nie zraził i wkrótce przeprowadził się do Wolsztyna. To w tym małym miasteczku w południowo-zachodniej Wielkopolsce znajduje się jedyna czynna dziś parowozownia w Europie. 20 lat temu Jones porzucił Londyn, bo tylko tu znalazł żelazne maszyny parowe, które ciągnęły pociągi w codziennym ruchu planowym.
– Od razu wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, żeby te lokomotywy ocalić. U nas parowozownie były już tylko martwymi skansenami. Polacy chyba nie do końca wiedzą, jaki mają skarb – mówił mi przed laty Howard Jones.
Dziś te słowa brzmią może dziwnie, bo i wśród Polaków nie brakuje tych, co walczą o ocalenie parowozowni i zabytkowych lokomotyw, ale w latach 90. to nie było takie oczywiste. To Howard często wykładał funty z własnej kieszeni, żeby coś w zepsutym parowozie naprawić, bo kolejarze nie mieli po prostu pieniędzy. Gdyby nie jego gotówka, na pewno wielu maszyn z pewnością nie udałoby się uratować.
Howard zaraził swoich rodaków polską parowozownią. Założył towarzystwo The Wolsztyn Experience, które zajęło się między innymi organizowaniem specjalnych przejazdów turystycznych. Ale to nie wszystko. Goście z całej Europy, a nawet z Japonii, Ameryki i Nowej Zelandii uczą się obsługi parowozów, przyjeżdżając na specjalne kursy. Oczywiście, zdobyte uprawnienia nie dają im możliwości samodzielnego prowadzenia maszyny, ale pod czujnym okiem polskich maszynistów dorzucają do pieca albo trzymają za przepustnicę. Dzięki temu sterują silnikiem parowozu.
Dziś The Wolsztyn Experience nie zajmuje się już ściśle organizowaniem specjalnych pociągów, tylko ściąga turystów ze wszystkich kontynentów. Za wytyczanie tras odpowiada Instytut Rozwoju i Promocji Kolei. To jego szef, Patryk Skopiec, wpadł na pomysł, by zorganizować w tym roku specjalny projekt „Pogórze”.
– Przez trzy dni podziwiamy klimatyczne szlaki kolejowe na Dolnym Śląsku. Pociąg Kilof jedzie przez Kłodzko i Nową Rudę. Z okien można oglądać między innymi Góry Sowie. Na trasie są okazałe wiadukty i tunele. Liczyrzepa wspina się do Szklarskiej Poręby, a Pierścień podąża Magistralą Przedsudecką przez Świdnicę, Ząbkowice Śląskie i Nysę. Na niektórych fragmentach tras pociągi pojawiają się już sporadycznie. Tym większa to atrakcja – mówi Skopiec.
Tuż przed godziną ósmą wsiadam z przyjaciółmi do Liczyrzepy, który zawiezie nas z Wrocławia do Szklarskiej Poręby Górnej. Razem z nami jedzie grupa ponad 80 Anglików. Jest wśród nich i Howard Jones. Dziś na rekordach już mu nie zależy. Ważniejszy jest fakt, że parowóz pokona zamkniętą na co dzień trasę. Albo wjedzie tam, gdzie go dawno nie było.
– Są kolejowe trasy w Polsce, które znamy już od wielu lat. Taką jest na przykład linia kolejowa z Kłodzka do Wałbrzycha. Ale wspinaczka po torach do Szklarskiej Poręby to debiut. Zobaczymy, jak maszyna sobie poradzi – mówi przed odjazdem Howard Jones, 63-letni dziś Brytyjczyk z zadbaną siwizną na głowie.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też