Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Karkonosze i Góry Izerskie

Liczy się droga, nie szczyt

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Benita Kończak
Widok na Samotnię i Mały Staw (fot. Benita Kończak)
– Jak dobrze byłoby pójść w góry bez dzieci i mężów, jak za studenckich czasów... – marzyłyśmy wspólnie z przyjaciółką Moniką, planując kolejne rodzinne wyprawy w góry. – A właściwie to co nas przed tym powstrzymuje? – zapytałam. I tak oto rozszerzyłyśmy swoje urlopowe plany o kilka dni tylko w kobiecym gronie.

Ustalamy, że ruszymy kilka dni wcześniej, przejdziemy Karkonosze i Izery, żeby spotkać się z naszymi rodzinami w Świeradowie-Zdroju.

Za młode na ławeczki
Początek to 11 godzin w zatłoczonym pociągu, który z Kociewia wiezie nas na Dolny Śląsk. Po całonocnej podróży wysiadamy w Jeleniej Górze i zaraz spod dworca mamy autobus do Kowar. Z okien pekaesu podziwiamy Śnieżkę.
– Dziś tam będziemy!
W Kowarach uzupełniamy zapasy, bo przez cztery dni nie zamierzamy schodzić do cywilizacji, i około 10 rano ruszamy żółtym szlakiem. Już na samym początku płacimy frycowe, bo zamiast przyjrzeć się dokładnie mapie, idziemy grzecznie za znakami, które najpierw oprowadzają nas pętelką po miasteczku, które wprawdzie jest miłe, ale z ciężkimi plecakami i w rosnącym upale nie pociąga nas zbytnio. A przynajmniej nie tak jak będące na wyciągnięcie ręki góry.
W końcu jednak opuszczamy miejskie zabudowania i zagłębiamy się w las. Do Budnik idzie się naprawdę przyjemnie. Nie czujemy jeszcze zmęczenia po nocnym pociągu, droga prosta, a nachylenie niezbyt duże. Do tego mnóstwo malin na wyciągnięcie ręki. Ale potem zaczynają się schody. Godzinne podejście na Skalny Stół (1285 m n.p.m.) daje nam nieźle w kość. Jest dość stromo i nie ma miejsc, gdzie byłoby można odsapnąć. Na szczęście po półgodzinie zaczynają się widoki na Rudawski Park Krajobrazowy i charakterystyczny, biuściasty kształt Gór Sokolich.
W końcu, nieco zziajane, docieramy na Skalny Stół, gdzie spotykamy sympatyczną rodzinkę z trójką małych dzieci. Zaaferowani rodzice spełniają prośby kolejnych maluchów; wyciągają niezliczone drobiazgi, tego smarują kremem, tamtej dają soczek… Patrzymy na siebie porozumiewawczo i błogie szczęście spływa na nasze serca.
Chwilę z nimi rozmawiamy i dowiadujemy się, ze oboje rodzice są przewodnikami beskidzkimi, a teraz wędrują sobie po Sudetach z dziećmi.
– My robimy sobie odpoczynek od rodzin i przez cztery dni wędrujemy same, potem też czekają nas rodzinne Izery – dzielimy się informacjami.
– Ale macie dobrze! – nie da się ukryć, że napotkana mama trochę nam zazdrości.
Żegnamy się i po chwili ruszamy w przeciwnych kierunkach.
W miarę gładko dochodzimy niebieskim szlakiem do Sowiej Przełęczy, gdzie znajduje się czeskie schronisko Jelenka. Tam robimy sobie dłuższy odpoczynek, sycąc oczy widokami spod schroniska, zajadając „kapustową” zupkę i wyciągając nogi. Nastrój robi się bardzo wakacyjny i dopada nas zmęczenie po nieprzespanej, kolejowej nocy.
Kto wie, czy gdybyśmy wiedziały, jak męczące będzie podejście Czarnym Grzbietem, nie zostałybyśmy w Jelence... Ta część szlaku, prowadząca pomiędzy wysokimi kosówkami, cały czas pod górkę pod jakimś takim niewygodnym kątem, bardzo nam się daje we znaki. Rozbawiają nas za to stojące co jakiś czas przy szlaku ławeczki. Widocznie także twórcy szlaku zdawali sobie sprawę z jego trudności i przygotowali te pokrzepiające miejsca. Widoków tam nie ma żadnych, więc z pewnością jedynym ich celem jest ulżenie wędrowcom. My stwierdzamy, że na ławeczki jesteśmy za młode i zbyt dziarskie, więc bez odpoczynku podchodzimy na rozgałęzienie szlaków pod Śnieżką.
Przy rozstaju szlaków, z których czarny i czerwony prowadzą na Śnieżkę, a niebieski wiedzie jej prawym zboczem, podejmujemy brzemienną w skutki decyzję. Stwierdzamy, że nie wchodzimy na Śnieżkę, bo liczy się droga, a nie szczyt! Temu mottu będziemy wierne już do końca swojej eskapady – konsekwentnie omijając wszystkie wyższe szczyty karkonoskiego szlaku.
Po 16 docieramy do Domu Śląskiego, usytuowanego u stóp królowej Karkonoszy. Dostajemy pokój (krwistoczerwony), bierzemy prysznic i pichcimy sobie jedzonko. Warto wspomnieć, że wrzątek w schronisku jest bezpłatny, a w części jadalni można przyrządzać własne jedzenie.
Nagle się orientujemy, że zrobiło się jakoś pusto. To nieznane z Domu Śląskiego doświadczenie. Wychodzimy przed schronisko: z góry schodzi ostatni wędrowiec, jest cicho, a zachodzące słońce rzuca ciepłe światło na szczyt i okolice. Jest pięknie! Dla tej chwili warto było przejechać całą Polskę i z 0 m n.p.m. przenieść się w ciągu doby na 1400 m (nawet jeśli następnego dnia rano czekają nas małe kłopoty z zaczerpnięciem głębokiego oddechu).


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też